|
|
Z DALA OD DOMU
(comix script - short novel)
Panowała wojna. Jakaś nieokreślona, wyniszczona kraina w równie nieokreślonym i wyniszczonym świecie. Ogromne zniszczenia. Zgliszcza, ciała ludzi i zwierząt. Pozostali przy życiu z ledwością dają radę żyć z dnia na dzień. Walka o przetrwanie. Ludzkie uczucia i sumienia przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczyło się tylko przeżycie. Za wszelką cenę. W takiej właśnie rzeczywistości żyła Mai, piętnastoletnia dziewczyna o długich, złotych włosach i urzekających, błękitnych oczach. Całą jej rodzina zginęła w bombardowaniach. Samotna, tułała się po zniszczonym mieście, walcząc o kolejny dzień. W końcu, w akcie desperacji postanowiła jakoś wyrwać się z tego piekła i znaleźć nowy, spokojny, wymarzony dom. Ukradkiem przekradła się przez granice miasta i ostrożnie szła przez bezkresne pola i stepy. Nie było linii frontu, ani jakichś pozycji, czy stanowisk nieprzyjaciela. W ogóle była to dziwna wojna. Ataki, bombardowania były przeprowadzane z powietrza, choć nikt nigdy nie widział wrogiego myśliwca, czy bombowca. Po prostu, pogrom przychodził z nieba. Mai wiele dni tak szła przez pustkowie. Mijała spalone miejscowości, wszędzie były widoczne zniszczenia. Co jakiś czas natrafiała na ogromne kratery. Nikogo żywego nie spotkała. Samotność ją dobijała, a jednocześnie jakby podniecała. Tylko ona i wielka otwarta przestrzeń porośnięta wysoką trawą. Po pewnym czasie wędrówki zorientowała się, że od dawna nie widziała już śladów wojny, ani żadnych domostw. Stanęła. Rozejrzała się po okolicy. Wszędzie panowała cisza. Spokój. Spojrzała w górę. Błękitne niebo z malowniczymi chmurami zaparło jej dech w piersi. Tak tu było inaczej od tego co widziała w zrujnowanym mieście. Na razie nie musiała martwić się o jedzenie, bowiem po drodze obficie się w nie zaopatrzyła w opuszczonych domach. Po tygodniu marszu zamajaczyły przed nią góry, których łańcuch rozciągał się wzdłuż całego horyzontu. Mai ogarnęła fala zachwytu, ale po chwili dziewczyna się zasmuciła. Dotarło do niej, że przecież będzie musiała jakoś je przejść. Szybko się jednak otrząsnęła i ruszyła dalej. U podnóża wzniesień weszła w gęsty las. Teren ciągle się wznosił i Mai było coraz ciężej się wspinać. Często zatrzymywała się na krótkie odpoczynki. Gdy już sądziła, że dalej nie da rady tędy iść, natrafiła na brukowaną, kamienną drogę. Poczuła się jakby trafiła di innej bajki. Chwilę nasłuchiwała, ale oprócz szumu wiatru i odgłosów lasu nic innego nie słyszała. Kontynuowała więc wędrówkę idąc ową drogą. Weszła nią na szczyt jednego ze wzgórz, skąd widziała jak dalej szlak wcinał się w góry, kręcąc się pomiędzy nimi. Cały czas jednak prowadził prosto i prawdopodobnie można było nim przejść na drugą stronę łańcucha górskiego. Mai zajęło to kolejny tydzień i gdy zostawiła za sobą niebosiężne szczyty jej zapasy były już niemal skończone. Trakt urwał się wraz z linią drzew. Dalej, po horyzont rozciągał się jałowy step. Nadzieje Mai na znalezienie czegoś do jedzenia po drugiej stronie gór legły w gruzach. To co jej zostało starczyłoby najwyżej na dwa dni. Woda, tak obficie występująca w górach w postaci niezliczonych, krystalicznie czystych strumyków, tutaj była nadzwyczajną rzadkością. Mai ruszyła dalej. Cóż innego miała zrobić? Gdyby została w górach z pewnością nie przetrwałaby zimy, a o powrocie w ogóle nie mogło być mowy. Po czterech dniach ledwie już się poruszała. Wszędzie dookoła tylko ten step i nic więcej. Padła w końcu wycieńczona na ziemię. Pragnęła już tylko zasnąć. Wtedy usłyszała jakieś odgłosy. Nie był to wiatr. Tuż przed nią zawisł w powietrzu jakiś dziwny pojazd wzburzając tumany pyłu. Wylądował i wyszedł z niego młody chłopak z goglami na głowie i płaszczem przerzuconym przez plecy. Podszedł do Mai. Podał jej rękę i razem z nim dziewczyna wsiadła na pokład statku powietrznego. Polecieli nad stepem w kierunku w którym szła Mai. Chłopak opowiadał jej o swoim kraju, daleko na Wschodzie, o jego pięknie, dobrobycie i potędze. Mai była zachwycona, że trafi w takie miejsce, jednak ta potęga nieco ją niepokoiła. To co mówił chłopak wydawało się być prawdą, bowiem mijali wspaniałe, zielone tereny, pola uprawne, sady, piękne domostwa. Mai aż oczy się świeciły. Chłopaka rozpierała duma. Zachwyt jednak długo nie trwał. Im bliżej centrum tej krainy, tym więcej pojawiało się mechanicznych instalacji rozmieszczonych na ziemi. Były to obiekty wyraźnie wojskowe. Pełno było dział różnego kalibru skierowanych na Zachód. Mnóstwo wojennych statków powietrznych, myśliwców, bombowców, wielkich krążowników. Na horyzoncie pojawiło się wielkie, lśniące w promieniach Słońca miasto z budynkami wznoszącymi się wysoko w niebo. Nad nim przelatywały kolejne fale bojowych maszyn latających kierując się na Zachód. Mai była blisko histerii. Wreszcie było wiadomo kto unicestwia jej krainę. Nie mogła tego pojąć. Jak ludzie, którzy tworzą takie piękne rzeczy mogą tak bezdusznie mordować tylu mieszkańców Zachodu? Chłopak nie wiedział o co jej chodzi. Mówił, że te wojska chronią jego kraj przed bezlitosnymi wrogami, którzy tylko czekają by zaatakować te spokojne tereny. Dziewczyna miała już tego dość. Wyskoczyła z lecącego pojazdu. Chłopak nie zdążył jej złapać. Mai chwilę bezwładnie spadała, po czym wpadła do jeziora. Zginęła. Chłopak wylądował przy brzegu. Posmutniał. Nie rozumiał dlaczego to zrobiła. Słońce chyliło się ku zachodowi. Chłopak spojrzał w tym kierunku i zastanawiał się z kim tak właściwie jego kraj walczy. Gdy tak stał kolejne eskadry podążały siać zniszczenie.
Koniec.
|
|