|
|
ŚCIEŻKI BOGÓW
(comix script - short novel)
Ziemia. 12500 lat temu. Tuż po potopie, który zakończył epokę lodowcową. Górska osada w Ameryce Północnej. Surowe warunki. Ludzie żyją tam z daleka od świata. Mają dosyć innych ludzi i ich Bogów - przybyszów z gwiazdozbioru Oriona, którzy traktują Ziemię jak laboratorium i zoo w jednym. Nikt dokładnie nie wie od jak dawna byli na Niebieskiej Planecie. Wiadomo jedynie, że przyspieszyli rozwój człowieka. Byli jego "stwórcami". Początkowo byli naukowcami i badaczami, lecz w miarę upływu czasu odezwała się w nich żądza władzy nad istotami, które były ich dziełem. Wymagali całkowitego posłuszeństwa. Zaczęli też kłócić się między sobą, tworząc różne stronnictwa zajmujące różne części planety. Czasem toczyli między sobą wojny, które jednak nie kończyły się ich śmiercią. Ginęli za to ludzie, co akurat Bogów nie specjalnie obchodziło. Nie wszyscy godzili się na taki stan rzeczy. Niektórzy ludzie zapragnęli wolności. Zaczęły się ucieczki z "Raju". Bogowie systematycznie i bezlitośnie tępili uciekinierów. To oni byli jedynymi władcami. Części grup udało jednak ukryć przed gniewem stwórców. Osiedlali się zwykle w odległych, trudno dostępnych miejscach, kryjąc swe siedziby by nie można ich było dostrzec, ani z ziemi, ani z powietrza. Orianie (bo z Oriona...) nie dawali im spokoju. Stale wyszukiwali i unicestwiali niepokornych. W jednej z takich siedzib (w Ameryce Północnej - Zachodnia Kanada) mieszkało kilkudziesięciu ludzi, którzy uciekli z jednego z Edenów - ośrodków Bogów rozlokowanych w różnych częściach globu. Po ciężkiej przeprawie przez rozległe krainy udali się na daleki zachód, by szukać swego miejsca w świecie. Posiadali sporą wiedzę (od Bogów), znali układy lądów i mórz i wiedzieli, że to właśnie miejsce jest dla nich najodpowiedniejsze, gdyż najbliższa baza Orian znajdowała się dopiero w Ameryce Środkowej, na Yukatanie. Swoją osadę nazwali Valarią, czyli "Zieloną Ziemią". Starannie ją zakamuflowali i umocnili. Wykorzystali do tego korzystne dla nich ukształtowanie terenu - Góry Kanadyjskie. Przez długie lata żyli w spokoju, zapomniani przez Bogów.
Pewnego jednak dnia, gdy grupa dzieci bawiła się na żółtej od kwiatów polanie, wysoko na niebie pojawił się jakiś kształt. To jeden o Oriańskich myśliwców, który akurat tamtędy przelatywał w drodze do bazy na zachodnim Pacyfiku. Niczym strzała przeciął niebo i zniknął za horyzontem. Ludzie jeszcze chwilę stali jak skamieniali, po czym szybko uciekli z odkrytego terenu. Zatrwożeni wrócili pędem do Valarii, gdzie natychmiast zwołano thing - walne zebranie. Zastanawiano się jak poważna jest sytuacja, tzn. czy Orianie ich zauważyli, czy nie. Gdyby lokalizacja ich siedziby została odkryta, atak na nią byłby nieunikniony. Postanowiono czekać jakiś czas i zobaczyć jak się potoczą wypadki. Po upływie paru dni wypełnionych obawami jasnym stało się, ku ogólnej uldze, że osada nie została nie została wykryta. Valarianie mogli dalej spokojnie żyć. Nie było śladów aktywności Bogów, ale strach pozostał i dlatego zdecydowano się wysłać na zwiad małą grupę ochotników. Mieli oni sprawdzić tereny na zachód od osady, gdyż tam właśnie kierował się myśliwiec. Zgłosiło się 12 ludzi - dziesięciu mężczyzn i dwie kobiety. Wyruszyli natychmiast. Mijali góry, rzeki, jeziora (piękne krajobrazy). Nic niepokojącego nie napotkali, mimo to jednak mieli się na baczności - wiele bowiem słyszeli o istotach, które Bogowie stworzyli w swoich eksperymentach i które rozlazły się po świecie. Były to najróżniejsze stwory: jedne inteligentne, inne bezmózgie, okrutne potwory. Część służyła swoim panom. Większość jednak nie słuchała nikogo.
Minęło parę tygodni. Nic się nie działo. Eksploratorzy zaczęli się zastanawiać jak daleko właściwie mają iść. Zdecydowali, że będą szli jeszcze tydzień. Jak nic nie znajdą to zawrócą. Ostatniego dnia natrafili na rząd obrobionych kamieni ustawionych na górskiej polance. Nie było na nich żadnego napisu, tylko mały znak - jakby górna część piramidy z okręgiem nad czubkiem*, który to znak widniał na jednej stronie każdego obelisku. Zdawało się, że szereg takich znaków wyznacza jakiś kierunek - północny zachód. Grupa poszła tym szlakiem i co jakiś czas natrafiała na podobne "kierunkowskazy". W końcu dotarli do niewielkiego wzgórza., z wierzchołka którego wznosił się spory kamienny obelisk. U podstawy wzniesienia było wejście do tunelu. Valarianie zrobili pochodnie i weszli do środka pozostawiając na zewnątrz na warcie dwóch ludzi. Ósemka wędrowców szła długim korytarzem. Ku ich zdziwieniu wcale pochodni nie potrzebowali, gdyż kamienne ściany jakby same świeciły. Dawały słaby blask, który ledwie, ale wystarczająco oświetlał drogę. Spory kawałek tak szli w milczeniu i pełni podejrzeń, czy aby nie wpadli w pułapkę Bogów. Nagle korytarz się skończył. Weszli do wielkiego, ciemnego pomieszczenia. Tym razem pochodnie się przydały, ponieważ tu ściany nie oświetlały tak duże powierzchni. W migoczącym świetle ognia zauważyli jedynie jakiś obiekt pośrodku sali. Ostrożnie podeszli bliżej. Zobaczyli, że to niewielki (ok. 1,5 m) ustawiony pionowo kamienny blok o dokładnie obrobionych bokach. Na wierzchu były widoczne jakieś znaki. Alais - młoda dziewczyna, podeszła do sześcianu i położyła dłoń na tych niezrozumiałych rzeźbieniach. Nic się nie stało. Zresztą nikt się nie spodziewał, że coś miałoby się stać od dotknięcia kamienia. Po obejściu sali i stwierdzeniu, że nic więcej w niej nie ma i że nie odchodzą z niej żadne dalsze korytarze, grupa postanowiła wracać. Wszyscy więc ruszyli w drogę powrotną przez korytarz. Alais pozostawała trochę w tyle. W świetle promieniującym ze ścian zauważyła, że na jej dłoni są odciśnięte znaki z tego dziwnego bloku. One też lśniły. Ponaglana, dogoniła resztę zwiadowców i wkrótce razem wyszli na zewnątrz wzgórza. Tam, ludzie pozostawieni na warcie opowiadali, że gdy tamci byli w środku wzgórza, w pewnym momencie z obelisku na jego szczycie wystrzeliła w niebo wiązka światła. Tylko Alais wydawało się, że wie co spowodowało to zjawisko. W świetle dziennym zauważyła, że na jej dłoni nie widać już żadnych symboli. Grupa postanowiła szybko oddalić się od nieznanego obiektu. Obawiali się bowiem, że światło mogło zwrócić uwagę Bogów. Jak najszybciej więc zebrali się i ruszyli w doliny rozciągające się poniżej górskich szczytów. Były one niemal bezdrzewne. Całe pokryte łąkami i polami, na których rosły niezliczone ilości kwiatów i niskiej roślinności. Dziwnie wędrowcy się czuli. Mieli wrażenie, że płyną po wielokolorowym, puszystym dywanie. Dotarli w końcu nad rzekę o krystalicznie czystej wodzie i tam zdecydowali o założeniu obozowiska. Zastanawiali się czy nie czas już wrócić do Valarii, bowiem minął już tydzień, który sobie dodatkowo wyznaczyli na wędrówkę. Plan jednak zakładał, że mieliby to zrobić gdyby nic nie znaleźli, a oni przecież odkryli tą niezwykłą budowlę. Mieli więc dylemat, gdyż skoro jest tu jedna taka konstrukcja to dalej może być ich więcej i jeśli teraz zawrócą, mogą przegapić coś ważnego, coś co może zagrozić ich osadzie. Ich niepewność wzmacniało nieznane pochodzenie obiektu. Wszyscy bali się, że to dzieło Bogów, bo jeśli nie ich to czyje ono było? Ostatecznie, powzięto decyzję o rozdzieleniu się grupy. Trójka najwytrawniejszych wędrowców miała dalej badać okolicę, podczas gdy reszta wróci do domu.
Wśród wracających była też Alais. W dalszą drogę ruszyła więc trójka mężczyzn zaprawionych w podróżach i doskonale sobie radzących w nieznanych okolicach. Powrotna podróż do Valarii przebiegała bez żadnych niespodzianek czy trudności. Mieszkańcy miasta zgotowali huczne powitanie. Eksploratorzy jednak woleli długo się nie bawić. Chcieli bowiem jak najszybciej przekazać wiadomości o znalezisku. Udali się do rady miasta na naradę. Gdy członkowie rady zapoznali się z nowinami ogarnęło ich głębokie zaniepokojenie o przyszłość Valarii. Całą noc naradzano się co należy zrobić w tej sytuacji. Ostatecznie wyszło, że nie podejmą właściwie żadnych działań, a ich reakcja ograniczy się do wzmocnienia straży wokół miasta oraz wystawienia nowych obserwatoriów i strażnic w odległości dnia drogi od Valarii. Tak właściwie to nie mieli wielkich możliwości działania. W żaden sposób nie mogli mierzyć się z Bogami. Tak więc w przypadku wykrycia byliby skazani na pewną zagładę. Wobec "zdrajców" Bogowie nie znają litości.
Przez jakiś czas panował okres spokoju. Mieszkańcy Valarii prawie już zapomnieli o niedawnych, pełnych grozy wydarzeniach. Nawet Alais zdawała się nie pamiętać co stało się wewnątrz "obcego" wzgórza. Przez pierwsze dni po powrocie do osady bez ustanku wpatrywała się w swoją dłoń, na której widziała wcześniej odciśnięte symbole., a po których po wyjściu z tajemniczej budowli nie pozostał żaden ślad. Wszyscy żyli jak dawniej i przestali się przejmować potencjalnym zagrożeniem ze strony Orian. Dobrego nastroju nie mącił nawet fakt, że trójka zwiadowców, która miała badać teren wokół monumentu, ciągle nie dawała żadnych oznak życia. Jedynie Rada Starszych zdawała się przeczuwać, że niczego dobrego z tego nie wyniknie i że nad Valarią gromadzą się czarne chmury.
Pierwszym zdarzeniem, które poważnie wystraszyło Valarian było zachowanie Alais. Pewnego dnia, ni stąd ni zowąd u dziewczyny wystąpiły drgawki, jakby atak epilepsji. Całkowicie straciła nad sobą kontrolę. Wiła się po ziemi w konwulsjach. Nikt nie wiedział co było przyczyną tego stanu, a tym bardziej jak temu zaradzić. Podczas tego napadu Alais mówiła jakimś obcym językiem, którego nikt w osadzie nie rozpoznawał. Nie był to język ludzi, ani Bogów. Przerażenie rozeszło się po Valarianach. Wszyscy myśleli, że nieszczęśnica umiera na ich oczach. Wielkie ich jednak ogarnęło zdziwienie, gdy atak ustał tak nagle jak się pojawił. Alais przestała się miotać. Leżała spokojnie na ziemi. Po ruchu klatki piersiowej zgromadzeni ludzie przekonali się, że jeszcze nie umarła. Parę najodważniejszych kobiet nachyliło się nad Alais. Stwierdziły, że ta śpi. Po chwili resztę obserwatorów opuścił strach i przeniesiono ją do Domu Uleczeń. Dziewczyna spała tam trzy dni, w ciągu których w Valarii wrzało od domysłów i teorii co do tego zdarzenia. Rada obradowała nad tym bez przerwy. Nie mogła jednak rozstrzygnąć z czym ma do czynienia, gdyż wcześniej nie odnotowano podobnych przypadków. Dziwne wydarzenie jakie przydarzyło się Alais wewnątrz tajemniczego wzgórza z pewnością rzuciłoby trochę światła na tą zagadkę, jednak dziewczyna nikomu o tym nie powiedziała. Trzeciego dnia rozważań z "czarnych chmur" nad Valarią w spokojne życie osadników uderzył potężny piorun. Na horyzoncie znów pojawił się statek Bogów. Tym razem leciał znacznie niżej i niemal wprost na Valarię. Nie było sposobu by pilot nie zauważył osady. I tak też się stało. Statek zatoczył koło nad Valarią, po czym nurkując zaatakował. Jonowe działka siały spustoszenie. Ludzie w panice rozbiegali się na wszystkie strony. Wiele domów uległo zniszczeniu, w tym część Domu Uleczeń. Potężny huk obudził Alais. Dziewczyna wyszła ze stojącej jeszcze konstrukcji. Nie okazywała żadnych emocji. Patrzyła w dal jakby zupełnie nie zauważała szalejącej destrukcji wokół niej. Orianin przypyścił kolejny atak. Salwa jonowych pocisków leciała wprost na "nieobecną" wciąż Alais. W ostatniej chwili, wokół niej rozpostarła się jakaś fala energii i pociski się od niej odbiły jak piłki od ściany i rozleciały się na wszystkie strony. Statek zamarł w powietrzu. Alais spojrzała w jego kierunku. Oczy jej rozbłysły. Rozbrzmiał głuchy odgłos i statek został rozdarty na pół niewidzialną wiązką energii i z hukiem zwalił się na ziemię. Po chwili wybuchł nie pozostawiając po sobie wielu szczątków. Pilot nie zdążył się katapultować. Stało się coś czego nikt nigdy się nie spodziewał, jeden z Bogów zginął! Zniszczenie napastnika nie uspokoiło Valarian, bo nie dość, że z pewnością przekazał ich lokalizację do bazy, to jeszcze jego śmierć wywoła u Bogów bezgraniczną wściekłość i chęć zemsty. Trzeba było uciekać tak szybko jak się tylko dało. Nikt nie przejmował się dobytkiem. Liczyła się każda sekunda. Jednostki Bogów były niezwykle szybkie i w każdej chwili mogła nadlecieć cała eskadra myśliwców. Valarianie nie uciekli zbyt daleko, gdy rzeczywiście tak się stało. Z ogromną prędkością i głośnym hukiem pojawiło się nad osada kilkanaście szturmowców oriańskich. Od razu zaatakowały Valarię, kompletnie ją niszcząc i zabijając każdego jej mieszkańca, jakiego tylko udało się namierzyć. Po unicestwieniu grodu Bogowie zaczęli wypatrywać z powietrza uciekinierów i gdy jakichś znaleźli, zabijali wystrzeliwując w nich potężne ładunki jonowe. W jednej z takich grup uchodźców była Alais, która ciągle była na wpół przytomna. Od osady dzielił ich już całkiem spory dystans i wszyscy sądzili, że ujdą z życiem, że Bogowie już ich nie znajdą. Mylili się jednak, bowiem Orianie bez trudu ich namierzyli posługując się zaawansowaną techniką. Atak był bezlitosny. Ludzie zostali ostrzelani i wielu z nich zginęło. Inni poddawali się, podnosząc wymownie ręce do góry. Tych, Bogowie nie eliminowali od razu. W swej podłej naturze wymyślili bardziej okrutną karę. Jeńców brali na pokłady statków, po czym z dużej wysokości kolejno ich wyrzucali prze otwarte luki. Z nieba spadł makabryczny deszcz. Takie było bestialstwo Bogów. Alais niemal cudem ominął taki los. Wybuch pocisku ogłuszył ją i rzucił w dół zbocza. Ranna i nieprzytomna, tym razem całkowicie, wylądowała na polanie u podnóża wzniesienia, porośniętej gęstą i wysoka trawą. To ją ocaliło. Orianie jej nie zauważyli. Po dokończeniu apokalipsy, statki powietrzne odleciały do bazy pozostawiając dymiące zgliszcza i utopioną we krwi Valarię.
Alais pół dnia leżała w gęstwinie i gdy się w końcu obudziła Bogowie dawno już odlecieli. Z początku nie mogła zebrać myśli. Starała się przebrnąć przez mgłę wspomnień. W końcu zrozumiała co się stało. Zapłakała nad losem Valarii. Po opanowaniu rozpaczy, dziewczyna zaczęła iść dnem doliny. Nawet nie próbowała wracać do osady. Nie było do czego. Szła tak przed siebie, bez celu. Była sama, a samemu ciężko przeżyć w dziczy. Alais doskonale zdawała sobie z tego sprawę i to ją dodatkowo przygnębiało. Pierwszego dnia wędrówki trzymała się całkiem nieźle, drugiego, zmęczenie i rany dały już o sobie znać. Alais nie miała żadnych zapasów, żadnego wyposażenia. Musiała spać pod otwartym niebem. Jadła niewiele, bo tylko to co udało jej się znaleźć, jakieś owoce, warzywa, korzenie. Trzeciego dnia już ledwie żyła. Słaniała się na nogach i oczywistym było, że sił nie starczy jej na kolejny dzień marszu. Co chwila potykając się i przewracając, dziewczyna parła do przodu nie mając większych już nadziei na uratowanie się i choć sytuacja wydawała się beznadziejna wkrótce okazało się, że może być jeszcze gorzej. Na drodze Alais pojawiło się jakieś duże zwierzę. Dziewczyna zatrzymała się i starała się rozpoznać gatunek. Zwierz był jednak zbyt daleko by można było mu się dokładnie przyjrzeć. Gdy tak trwała ta patowa sytuacja, obok Alais zaszumiały pobliskie krzaki, po czym zza nich wyszło kolejne zwierzę i stanęło tuż koło uciekinierki. Nie było już wątpliwości co do ich pochodzenia. Były to jedne z hybryd, bestii wyhodowanych przez Bogów w wyniku wielu lat eksperymentów genetycznych na ziemskich istotach. Te otaczające Alais wyglądały jak skrzyżowanie niedźwiedzia z wilkiem i czymś jeszcze. Były potężnej budowy, miały długi pysk z którego sterczały okrutne, ostre zębiska. Od grzbietu, do tyłu, wyrastały jakby kolce, które tworzyły najeżoną "włóczniami" grzywę. Ludzie nazywali te bestie piekielnymi ogarami i bali się ich bardziej niż samych Bogów. Zresztą sami Bogowie czuli przed nimi respekt mimo, że były one ich dziełem. W oryginalnym zamierzeniu Orian, podobnie jak inne ich twory, miały to być jedynie istoty doświadczalne, służące rozwojowi wiedzy o granicach ingerencji genetycznych i będące tylko preludium do przyspieszenia ewolucji człowieka. Jednak jak większość eksperymentów prowadzonych w przekonaniu o doskonałości swojej wiedzy i techniki, badania te wymknęły się spod kontroli. Różne sztuczne stworzone istoty rozlazły się po świecie. Początkowo, Bogowie nie specjalnie się tym przejęli, jednak gdy zaczęły one zagrażać ludziom, spostrzegli, w poniewczasie, swój błąd i przystąpili do eksterminacji bestii. Była to prawdziwa, krwawa wojna, choć "nieco" jednostronna. Mimo ciągłych łowów nie wszystkie hybrydy udało się zabić. Spora część z nich uniknęła wykrycia i z dala od siedzib Bogów rozmnażała się i siała zgrozę po bardziej odosobnionych osadach ludzkich. I właśnie naprzeciwko takich potworów stała Alais. Powoli ogarniało ją przerażenie. W panice zaczęła biec na oślep. Bestie pędem rzuciły się za nią i gdy już miały zatopić w niej swe zębiska, dziewczyna wpadła do jakiejś dziury w ziemi. Sama dziura nie była duża, ale za to głęboka. Alais przez jakiś czas leciała w dół, prawie ocierając się o ściany studni. Miała wrażenie, że całą wieczność to trwa. Nagle studnia rozszerzyła się do ogromnej szerokości. Nie można było dostrzec ścian. Wszędzie panowała ciemność i jedynymi czynnikami, które upewniały Alais, że ciągle leci w dół to pęd powietrza i oddalające się w górze światło przeświecające przez studnię. Po chwili dziewczyna odzyskała jasność umysłu i uświadomiła sobie, że każdy lot kończy się lądowanie. Przeraziła się. Już sobie wyobrażała tą mokrą plamę gdzieś na dnie, jaką za chwilę się stanie. I właśnie w tym momencie rozbłysło jakieś silne światło i jak wcześniej prawie nic nie widziała z powodu mroku, tak teraz kompletnie została oślepiona przez wszechogarniającą jasność. Poczuła, że już nie spada, a leży na jakimś twardym podłożu. Powoli otworzyła oczy. Nie było już tego niesamowitego światła. Wszędzie dookoła jaśniała blada poświata, w której można było dostrzec zarysy groty. Była ona ogromna. Setki metrów dzieliło ściany. I dopiero teraz Alais zauważyła, że powierzchnie ścian świecą tak samo jak ściany w tajemniczej budowli wewnątrz wzgórza badanego podczas pamiętnej wyprawy. Dostrzegła różne budowle dookoła siebie i sama się zdziwiła, że wcześniej nie zwróciła na nie uwagi. Wyglądało to jak miasto. Podziemne miasto. Fatalny stan budynków wskazywał, że ktokolwiek je wybudował, od dawna już tu nie przebywał. Dookoła tylko szare ruiny, zaniedbane, zatarasowane gruzem uliczki i wiszący w gęstym powietrzu smutek. Dziewczyna z trudem podniosła się i zaczęła iść główną aleją miasta w kierunku sporej piramidy na jej końcu. Gdy mijała kolejne, zniszczone i zapomniane konstrukcje, mieszały się w niej uczucia zachwytu i przygnębienia. Po zbliżeniu się do piramidy, zobaczyła u jej podstawy znajomą konstrukcję, a mianowicie ustawiony pionowo kamienny blok. Identyczny jak ten ze wzgórza. Ogarnął ją lęk. Zatrzymała się niepewna co robić. W końcu, przezwyciężywszy strach podeszła bliżej. Na wierzchu bloku widniały widziane już wcześniej dziwne znaki. Odruchowo Alais spojrzała na swoja rękę. Symbole znów lśniły. Dziewczyna miała złe przeczucia, jednak coś ją kusiło by dotknąć kamienia. Po chwili, ręka sama powędrowała ku jego powierzchni. Kamień rozbłysł promienistym światłem. Cała piramida rozjaśniała. Na jej lśniących ścianach można było dostrzec różne obrazy i symbole, jakieś stare, dawno zapomniane pismo. Alfabetu, co prawda, Alais nie znała, ale piktogramy były całkiem czytelne. Układały się w jedną, długą historię przedstawioną na kolejnych obrazkach. Wątek zaczynał się na podstawie piramidy i rozwijał się idąc od lewej do prawej i wspinając się na coraz wyższe poziomy budowli. Były tu przedstawione losy pewnej, zaawansowanej cywilizacji, od momentu jej pojawienia się na Ziemi do jej zagłady. Nie była to cywilizacja Orian. Alais z obrazów dowiedziała się, że przybyli oni z planety niegdyś leżącej między Marsem a Jowiszem, czyli dokładnie z miejsca, gdzie obecnie znajdował się pas asteroidów. Dziewczyna znała się na astronomii na tyle, by być taką wiadomością zadziwiona. Wśród części plemion ludzkich krążyły po cichu legendy o świecie w niebie zwanym Vei. Większość wiedzy o gwiazdach jaka posiadali ludzie pochodziła od Bogów, jednak oni nigdy nie wspominali o tej planecie i właściwie nie wiadomo skąd nazwa tej tajemniczej planety pojawiła się w ludzkich umysłach. Dalsze rysunki wyjaśniały dlaczego Bogowie milczeli na ten temat. Po przybyciu na Błękitną Planetę przybysze założyli tu swoje osady i żyli w zgodzie z otaczającą ich przyrodą. Stworzyli umiejętne połączenie techniki z siłami natury. Nie niszczyli Ziemi, bo ją pokochali. Szczęśliwe dni szybko się skończyły, gdy Orianie zainteresowali się Układem Słonecznym, a pokojowi Veianie byli przeszkodą, którą trzeba było zniszczyć. Bezlitośnie zaatakowali Bogowie Ziemię jak i samą Vei. Początkowo Veianie unikali konfrontacji. Wiedzieli, że jeśli użyją wszystkich swoich możliwości technicznych przeciw potężnym najeźdźcom, planecie mogą zostać zadane nieodwracalne szkody. Wkrótce jednak stało się jasne, że jeśli nie zaczną się naprawdę bronić to sami zastaną unicestwieni. Rozpoczęła się długa i okrutna wojna, która obie strony doprowadziła na skraj zagłady. Nie chcąc bardziej jeszcze dewastować Ziemi, Veianie postanowili przenieść swe bazy i oddziały z powrotem na Vei. Orianie sięgnęli po broń stateczną - niszczyciela planet, potężne kosmiczne działo. Zniszczyli Vei wraz z jej mieszkańcami. Tylko nieliczni Veianie ocaleli. Opuścili Układ Słoneczny i słuch o nich zaginął. Tak oto Vei stała się gruzowiskiem, pasem asteroidów, a Niebieska Planeta wpadła w łapy Orian.
Alais skończyła oglądać piktogramy. Piramida przygasła, a dookoła zapanowała szarość. Dziewczyna stała nieruchomo. Próbowała pozbierać myśli. Już miała odejść, gdy z czubka piramidy błysnęło jasne światło. Świetliste promienie przebiegły po całej grocie i zapomnianym mieście. Nagle, wszystkie skierowały się na Alais. Dziewczyna jakby zanurzyła się w innym świecie. Nie widziała nic prócz bieli, która ją otaczała. Nie było góry, ani dołu. Jakby lewitacja w nicości. Poczuła, że jej ciało ogarniała fala ciepła, przenikliwego ale przyjemnego. Dopiero po chwili zauważyła, że całe zmęczenie zniknęło. Po pokrywającym ją pocie i brudzie nie było śladu. Coraz więcej myśli krążyło jej po głowie i coraz więcej rzeczy i zjawisk zaczęła rozumieć. Miała dziwne wrażenie, że jej mózg rozwija się i to w zawrotnym tempie. Postęp niemal geometryczny. Otrzymywała coraz więcej wiedzy, aż w końcu w pełni zrozumiała kim są ludzie, kim Bogowie, a kim Veianie. Poznała wiele procesów zachodzących w świecie, zarówno na Ziemi jak i w kosmosie. Widziała wiele miejsc, wcale ich nie widząc. Zobaczyła, że nie wszyscy Veianie opuścili Błękitną Planetę. Nadal bowiem wyczuwała ich obecność w nienaruszonej centralnej bazie Veiańskiej, która znajdowała się na Antarktydzie, parę kilometrów pod lodem. Zapanowała nad Alais ogromna chęć udania się tam. Coś ją przyciągało i czuła, że nie ma takiej siły, która mogłaby ją powstrzymywać. Teraz miała już pewność, że to czego doświadczała miało swój cel i że wszystko to co się jej przytrafiło było celowe. To, że właśnie ona poszła ze zwiadowcami, to, że dotknęła kamienny blok wewnątrz wzgórza z obeliskiem, to, że jako jedyna przeżyła atak Orian na Valarię i końcu to, że trafiła tutaj. Przeczuwała, że ma jakąś bardzo ważną rolę do odegrania. Nie wiedziała tylko dlaczego akurat ona. Po krótkim momencie zadumy zorientowała się, że nie tylko jej świadomość ulega zmianom, ale i fizyczne ciało. Miała dziwne wrażenie jakby stawała się silniejsza, pełna energii. Uświadomiła sobie swoją dotychczasową powolność, ociężałość i aż nie mogła uwierzyć, że wciąż jest tą samą Alais co wcześniej. Czuła pulsującą w sobie moc. Zrozumiała w końcu, że to zdolności Veian. Biel ustąpiła. Światło zgasło. Alais znów stała przed piramidą. Wiedziała już co ma zrobić. Szła z powrotem przez osnute cieniami miasto, aż znalazła się dokładnie pod studnią, którą się tu dostała, a która z dołu wydawała się malutką, jaśniejącą plamką na odległym suficie groty. Dziewczyna lekko przykucnęła i odbiła się od ziemi niczym wystrzelony z procy pocisk. W mgnieniu oka przeleciała przez grotę i studnię. Wydostała się na powierzchnię z prędkością pioruna. Zawisła w powietrzu i rozejrzała się po okolicy. Nawet nie zastanawiała się nad swoimi nowymi zdolnościami, tak szybko się z nimi oswoiła i uznała za oczywiste, że je posiada. Spojrzała na południe i ruszyła z kopyta w tamtą stronę. Leciała szybko, jak strzała. Mijała lasy, góry, stepy. Po drodze instynktownie wyczuwała odległe bazy Bogów i starała się obierać taki kurs by je z daleka omijać. Jednak taka strategia unikania konfrontacji niewiele dała. Gdy Alais była na wysokości mniej więcej Falklandów niemal zderzyła się ze startującym właśnie myśliwcem Oriańskim. Ten natychmiast ruszył za nią w pościg. Pilot musiał być naprawdę wysokiej klasy, bo mimo uników i gwałtownych zmian kierunku, Alais nie mogła go zgubić. Cały czas uparcie siedział jej na ogonie. Sytuacja nie była wesoła. Alais jeszcze nie do końca potrafiła wykorzystać swoje zdolności i na razie umiała tylko latać. Tak więc strącenie statku było poza jej zasięgiem. Zresztą, nawet jeśli udałoby się jej jakoś zniszczyć intruza to niewiele by to dało, bo z pewnością i tak już zdążył zawiadomić bazę. A to oznaczało, że posiłki były już w drodze. Postanowiła więc dalej kontynuować lot na Antarktydę, tyle, że znacznie szybciej niż dotychczas. Miała nadzieję, że myśliwiec za nią nie nadąży, ale już po chwili było jasne, że próżny to trud, gdyż najwyraźniej taka prędkość nie robiła na Orianinie większego wrażenia. Cel podróży był już tuż tuż i Alais nie była pewna co ma zrobić. Czy wylądować tam i tym samym zdradzić Bogom lokalizację bazy Veian, czy też ominąć ją i wcześniej, czy później trafić na całą ścigającą ją eskadrę myśliwców. Nie zdążyła nawet zastanowić się nad wyborem, gdy problem został rozwiązany za nią. W oddali śnieżnobiałej krainy coś błysnęło i chwilę potem niebo przecięła struga jasnego światła. Rozbrzmiał głuchy odgłos wybuchu. Alais obejrzała się za siebie i zobaczyła, że statek rozleciał się na kawałki, które teraz spadały na ziemię. Zrozumiała, czy raczej wyczuła, że to, przynajmniej w jakiejś niewielkiej części nadal aktywna baza zniszczyła wroga. Dziewczyna skierowała się w miejsce skąd wystrzelił promień. Wylądowała na wielkiej śnieżnej równinie. Dookoła nic nie było. Tylko błękit nieba i biel powierzchni zmrożonego kontynentu.
Po bliższym przyjrzeniu się można jednak było dostrzec wystającą nad lodową skorupą jakby wieżyczkę białego koloru. Była ona mniej więcej na 1,5 metra wysoka i miała gdzieś 1 metr średnicy. Alais podeszła bliżej i wtedy za konstrukcją pokrywa śnieżna rozstąpiła się i ukazał się szeroki szyb biegnący głęboko pod powierzchnię. Alais bez wahania tam wleciała i powoli opuszczała się na dół. Górny odcinek tunelu był oświetlony światłem słonecznym, ale w miarę zagłębiania tunelu się jego natężenie malało, aż w końcu zrobiło się zupełnie ciemno. Pewnie czas dziewczyna leciała w absolutnym mroku. Potem jednak, w oddali, dostrzegła lekkie lśnienie, które z bliżej odległości okazało się być rzędem świateł równomiernie rozmieszczonych wzdłuż dalszego odcinka szybu. Alais leciała tak długo, e już zaczęła się zastanawiać, czy tu w ogóle jest jakieś dno. Kompletnie straciła rachubę czasu i nie była w stanie ocenić, czy minęło parę zaledwie minut, czy tez godzin. W końcu, wbrew obawom dziewczyny, szyb się skończył i znów mogła postawić nogi na twardym gruncie, czym sama się zdziwiła, gdyż w tak krótkim czasie chodzenie stało się dla niej czymś zupełnie nienaturalnym w porównaniu do latania. W ścianie tunelu były drzwi, czy może, bardziej właściwie, właz. W chwili, gdy Alais go zauważyła, ten się otworzył ukazując ciągnący się za nim idący prosto, oświetlony korytarz. Dziewczyna znalazła się w ogromnej sali, znacznie większej niż pamiętna grota zapomnianego miasta. Tutaj oświetlenie było już słabsze. Jasny był tylko zawieszony w powietrzu pomost biegnący od jednego końca sali do drugiego i niezliczone rzędy umieszczonych na ścianach, dnie i suficie kapsuł wysokich na około 2,5 metra. Miały pół przezroczystą powierzchnię i widać było przez nią zarysy jakby śpiących istot, bardzo podobnych do ludzi. Było ich tysiące, dziesiątki, może nawet setki tysięcy. Były to kapsuły hibernacyjne, mogące utrzymać życie w śpiących ciałach przez wieki. Jednak ci Veianie byli martwi. Ich nie dałoby się już obudzić. Z jakiegoś powodu kapsuły nie spełniły swojej roli. Być może stan uśpienia trwał zbyt długo, albo też była to sprawka Bogów. Tego Alais nie wiedziała. Ogarnęło ją przygnębienie i smutek. Tyle straconych dusz. Zaczęła powoli iść dalej po pomoście, ale zaraz się zatrzymała. W głębi duszy wyczuła w pobliżu słaby promyk życia. Rozglądała się wokół siebie, aż jej wzrok zatrzymał się na jednej z kapsuł. Postanowiła się do niej zbliżyć. Z pomostu jakby na życzenie, wysunęła się poprzeczna kładka, tworząc przejście do samej kapsuły. Przezroczysta powierzchnia hibernatora pokryta była delikatnym szronem. Pod pokrywą znajdowało się ciało młodego z wyglądu chłopaka. Miał na sobie szary, przylegający do ciała "kombinezon". Na jego twarzy widniał niezmącony spokój. Nie można było z niej odczytać jakichkolwiek uczuć czy oznak życia. Veianin jednak jeszcze żył, jeśli tak można powiedzieć o stanie hibernacji. Wystarczyło by Alais pomyślała o nim jak o znów żywej istocie a kapsuła się uaktywniła. Rozbrzmiał lekki szum systemów przywracających normalne funkcjonowanie organizmu. Zaczęły się świecić różne kontrolki po bokach hibernatora. Dziewczyna zastanawiała się skąd bierze się zasilanie bazy po tak długim czasie jej uśpienia. Po chwili, kapsuła otworzyła się i przez chwilę nic się nie działo. Nagle, z boków urządzenia zaczęła wydobywać się zimna para wytwarzając przy tym przeciągłe syczenie. Otworzyła się komora i ze środka wypadło bezwładne ciało Veianina. Alais cofnęła się o krok, ale zaraz podeszła bliżej. Jakiś czas przyglądała mu się. Dopiero po chwili przyszły jej na myśl pytania: "On żyje, czy nie? Został już ożywiony? I co tak właściwie mam zrobić?" Przerwała rozmyślania bo usłyszała za sobą czyjeś kroki. Obejrzała się, ale nikogo nie zobaczyła. Wszędzie była tylko straszliwa pustka. Odwróciła się z powrotem w kierunku Veianina i znieruchomiała. Przy ciele chłopaka stała jakaś postać. Wysoka, smukła dziewczyna o ciemnych, długich do ramion, gładkich włosach i przenikliwych, seledynowych oczach. Miała na sobie obcisły, szary, błyszczący strój z różnymi niebieskimi łatami o regularnych, geometrycznych kształtach. Na pierwszy rzut oka widać było, że różni się od ludzkich istot, nie formą, lecz swym intrygującym, nadzwyczajnym pięknem. Alais jednak nie była zszokowana z powodu jej pojawienia się, czy jej wyglądu, lecz dlatego, że nie wyczuwała w niej żadnych mocy właściwych Veianom, Orianon, czy nawet ludziom. Z punktu widzenia psychofizykalnego, Alais patrzyła w próżnię, ale przecież nieznajoma rzeczywiście stała tuż przed nią. "Obca" dziewczyna podniosła Veianina. Zrobiła to z taką łatwością, jakby ten nic nie ważył. Minęła Alais i zaczęła iść głównym pomostem. Po chwili, zatrzymała się, spojrzała na zdziwioną Alais, po czym kontynuowała marsz. Gdy była już na końcu pomostu, przy wysokim korytarzu po drugiej stronie sali, do Alais dotarło w końcu, że głupio stoi tak robiąc w miejscu. Ruszyła więc za nieznajomą. Jakiś czas szły w pewnej odległości od siebie owym korytarzem, który wydał się nie mieć końca. Po drodze mijały wiele odgałęzień, bocznych tuneli. Dopiero po jakimś czasie Alais zauważyła, że oświetlenie korytarza jakby przesuwało się wraz z nimi. Z przodu i z tyłu było ciemno. Jasno było jedynie w ich pobliżu. Światło płynnie się przemieszczało, równomiernie do ich tempa. Korytarz skończył się kolejną salą, ale już nie tak rozległą jak poprzednia. Po przekroczeniu progu prze nieznajomą, sala sama się rozświetliła. Była pusta, jeśli nie liczyć czegoś co wyglądało na stół i znajdowało się na jej środku. Tajemnicza dziewczyna położyła tam ciągle nieprzytomnego Veianina. Stół "ożył". Zaczęły wysuwać się z niego różne urządzenia. Jedno z nich, jakby "kopuła" zakryła ciało chłopaka, a z boku pojawiło się coś co było prawdopodobnie panelem sterującym. "Obca" stanęła za panelem i dotknęła jego gładkiej powierzchni. "Kopuła" zaświeciła pulsującym, niebieskim światłem, którego strugi zalały pomieszczenie. Po chwili, światło zgasło i stół wrócił do swego pierwotnego kształtu. Alais nawet nie próbowała się odezwać. Zresztą, kompletnie nie miała pomysłu co by tu powiedzieć. Mogła tylko stać i czekać na jakieś efekty tej dziwnej kuracji. Mieszkanka bazy też milczała. W pewnej chwili Alais dostrzegła błysk w jej oku i w tym momencie Veianin się poruszył. Bardzo powoli, niczym niedźwiedź obudzony z letargu, podniósł się i usiadł na krawędzi stołu. Tępo patrzył w podłogę. Trwało to jakiś czas. Chłopak stopniowo dochodził do siebie. Obejrzał swoje dłonie. Potem spojrzał na "Obcą" i uśmiechnął się, a ona skinęła głową. Chwilę na siebie patrzyli. Alais w tym czasie, ciągle stojąc nieruchomo, porównywała się do samotnego słupa przy drodze. Veianin w końcu ją zauważył. Na jego twarzy pojawiła się niepewność. Mierzył ją wzrokiem. Alais poczuła jego przeszywające spojrzenie, po czym odwzajemniła się tym samym. Chłopak uśmiechnął się tylko, wstał i podszedł do niej. Wyciągnął prawą rękę i dotknął jej czoła. Ciepło przeszło przez ciało Alais. Gdy Veianin cofnął rękę, ciepło nagle zniknęło. Zaczął coś mówić w dziwnym języku. Dziewczyna początkowo nic z tego nie rozumiała, jednak stopniowo mogła wyłowić pojedyncze słowa i ich znaczenie, a niedługo potem całe zdania. Nagle, stwierdziła, że już zna ten język. Veianin, widząc, że ta go wreszcie zrozumiała, powtórzył to co mówił wcześniej. Powiedział, że nazywa się Arail i podziękował jej za obudzenie go, po czym prosił by za nim iść. Wyszedł z sali. "Obca" i Alais podążyły za nim. Z głównego korytarza skręcił w boczną odnogę. Tam, cała trójka wsiadła do windy, którą jakiś czas zjeżdżali w dół., mijając kolejne poziomy bazy. Alais była tym wszystkim przytłoczona i zastanawiała się w jaki sposób tak wielki kompleks nie został wykryty przez Bogów dysponujących przecież równie zaawansowaną technologią. Winda zatrzymała się tak delikatnie, że dziewczyna nawet tego nie zauważyła i wielce się zdziwiła, gdy zobaczyła Veianina i jego tajemniczą towarzyszkę już idących kolejnym korytarzem. Szybko ruszyła za nimi. Chwilę później weszli do jasnego pomieszczenia z wieloma sprzętami i urządzeniami. Na ścianach i suficie były wielkie ekrany pokazujące różne części świata. Dookoła pełno było najróżniejszych paneli i pulpitów sterujących przytwierdzonych do foteli przeznaczonych zapewne dla załogi i dowódców. Arail podszedł do jednego z pulpitów i stał przy nim jakąś chwilę coś tam na nim wystukując i czytając wyświetlające się informacje. "Obca" znajdowała się w pewnej odległości nie wykazując żadnych oznak jakichkolwiek emocji. Alais uważnie się jej przyglądała starając się wydedukować jej "pochodzenie". " To jest Salia i jest ona maszyną" usłyszała Alais. Były to słowa Arail'a, który nie odwracając się nawet udzielił odpowiedzi na pytanie wyczytane z myśli dziewczyny. "Maszyna?" powtórzyła Alais i z niedowierzaniem spojrzała na "Obcą". Ta tylko lekko się uśmiechnęła. Veianin, w końcu odszedł od pulpitu i usiadł w fotelu i skinął na Alais by też usiadła. Salia pozostała niewzruszona. Arail zaczął opowiadać Alais o losach Veian nieco tylko uzupełniając to co dziewczyna już wiedziała z piktogramów z zapomnianego miasta. Chłopak opowiedział też o sobie i o tym jak Arktyczna baza uniknęła zagłady. Otóż, pochodziła ona jeszcze sprzed Wielkiego Potopu, gdy na wskutek wojny veiańsko-oriańskiej uległa przesunięciu oś Ziemi, co spowodowało wielkie katastrofy na jej powierzchni: trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, potopy, w tym ten największy, legendarny potop. Kiedy bieguny uległy przesunięciu, ogromne ilości lodu nagromadzone przez setki tysięcy lat, w jednej chwili się stopiły. Oceany głęboko wdzierały się w ląd niszcząc zarówno oriańskie, veiańskie jak i ludzkie siedziby. Orianie wygrali ową wojnę, ale tylko dlatego, że w trosce o Ziemię, Veianie nie chcieli już dalej walczyć. Wielu z nich zginęło, pozostała część odleciała w otchłań kosmosu, ale jednak nie wszyscy. W Antarktycznej bazie (przed Wielkim Potopem nie było tu lodu) schroniły się tysiące ocalałych, którzy postanowili się zamrozić w komorach hibernacyjnych, w nadziei, że nadejdą kiedyś lepsze czasy. Nie przypuszczali jednak, że przyjdzie im czekać w uśpieniu tysiące lat. Sądzili, że co najwyżej kilkaset. Baza miała ograniczony zasób mocy i utrzymywanie w aktywnym stanie tak wielu systemów podtrzymywania życia przez tak długi okres czasu okazało się dla niej zbyt obciążające. Centralny komputer bazy podjął więc decyzję o odcięciu zasilania w kapsułach kriogenicznych i przeniesieniu wszystkich pozostałych zasobów do kilku tylko komór. Większe było bowiem prawdopodobieństwo ocalenia niewielkiej ilości zahibernowanych Veian niż wszystkich. Do czasu pojawienia się Alais przetrwał tylko Arail. W czasie, gdy baza tkwiła w uśpieniu, nie wszystkie dzieła Veian trwały w bezczynności. Po planecie krążyli Asâri, inteligentne, posiadające swoją własną wolę, maszyny-roboty, wyglądające zupełnie jak Veianie. Podróżowały one po swiecie obserwując poczynania Bogów i postępy ludzkości. Ponadto, miały jeszcze jedną, bardzo ważną misję, może nawet najważniejszą, a mianowicie zaszczepić do genomu ludzkiego ukryte cechy veiańskie, by w przyszłości, w razie całkowitego unicestwienia, Veianie mogli się odrodzić. Geny te miały "podróżować" wraz z gatunkiem ludzkim w formie rozproszonej na wiele osobników, a "budziły" się jedynie, gdy w jednej osobie, powstałej przez wymianę materiału genetycznego trwającej wiele, wiele pokoleń, następowało ich zagęszczenie. Jakby z miliona czerwonych jabłek z zielonymi plamkami powstało jedno jabłoko całkowicie zielone. To się właśnie stało w przypadku Alais, a jej kontakt z veiańskimi budowlami i techniką uaktywnił jej prawdziwą naturę. Z czasem Asârich było coraz mniej. Obecnie, oprócz Salii, funkcjonowała jeszcze dwójka, obserwująca wydarzenia na Ziemi. Gdy Alais pojawiła się wewnątrz wzgórza z obeliskiem, będącym resztkami jednej ze stacji veiańskich, swoją obecnością spowodowała reaktywację całego systemu, który rozpoznał ją jako Veiankę. To system wysłał do jej podświadomości chęć udania się do bazy centralnej, a nadzór nad tym systemem sprawowała wówczas Salia i to ona zniszczyła oriański myśliwiec ścigający Alas. Arail skończył opowieść. Zapanowała cisza. Alais patrzyła na swe dłonie, jakby nie wierzyła, że do niej należą. Tego dnia już nic więcej się nie wydarzyło. Arail i Salia przygotowali dla Alais pokój i kazali jej odpocząć po tylu przejściach. Alais spała przez dwie kolejne doby.
W następnych dniach Arail oprowadził ją po bazie, opowiadając wiele jeszcze różnych historii o Bogach, Veianach i ludziach. Alais powoli uczyła się wykorzystywać swoje veiańskie zdolności. W końcu, doszli do wniosku, że nadszedł czas by zmusić Orian do opuszczenia Ziemi i dać rodzajowi ludzkiemu, gotowemu już do samodzielnego istnienia, upragnioną wolność. Zaczęli z zaskoczenia niszczyć wojskowe struktury Orian, wykorzystując swoje moce i veiańską technologię. Bogowie byli tym kompletnie zaskoczeni. Nie spodziewali się, że jest ktoś kto mógłby się im sprzeciwić i że ktoś miałby dość siły by to zrobić. Jedna po drugiej, tracili swoje bazy i z początku nie mieli nawet pojęcia kto jest ich przeciwnikiem. Odkryli to dopiero po pewnym czasie, gdy ich egzystencja na Ziemi była już realnie zagrożona. Trwała wojna podjazdowa. Arail i Alais obracali w perzynę siedziby Orian. Ludzie zaczęli ich nazywać Pogromcami Bogów. Bogowie jednak, mimo tak wielu porażek, byli jeszcze daleko od przegranej. W końcu sami byli niezwykle potężni, a lata świetności Veian były już tylko mglistym wspomnieniem i nawet z wykorzystaniem wszystkich pozostałych środków, Arai i Alais nie byli w stanie wygrać otwartej wojny z Orianami, a ci postanowili sprowadzić posiłki z najbliższej wielkiej, kosmicznej bazy znajdującej się na orbicie Jowisza, Iovei. W tym czasie wiedzieli już o istnieniu kompleksu veiańskiego na Antarktydzie. Nie wiedzieli tylko gdzie dokładnie się on znajdował, ani jak był rozległy. Wymyślili więc plan ostatecznego rozwiązania tego problemu. Planowali przetransportować kilka większych planetoid z pasa asteroidów i zasypać nimi cały lodowy kontynent. I znów Bogowie pokazali swoje prawdziwe oblicze. Dla pozbycia się przeszkody na ich drodze byli gotowi wywołać globalną katastrofę, porównywalną do tej z końca ery dinozaurów, która pociągnęłaby za sobą niezliczoną ilość ofiar wśród ludzi i zwierząt oraz zachwiałaby całym ekosystemem planety. Gdy Arail i Alais dowiedzieli się o zamiarach Orian długo rozmyślali co ich dwójka mogłaby zrobić. W końcu, podjęli decyzję. Postanowili poświęcić się dla Ziemi i ludzi. Naprawili ostatni, znajdujący się na Błękitnej Planecie, kosmiczny krążownik veiański, którym mieli polecieć na samobójczą misję. Gdy startowali, potężne silniki statku, rozrywając atmosferę, wywołały huraganowe wiatry. Drżenie ziemi było odczuwalne w promieniu wielu tysięcy kilometrów. Wylecieli na orbitę planety, a potem skierowali się na lecące już w kierunku Antarktydy, planetoidy. Łatwo je wszystkie zniszczyli. Następnie, polecieli wprost na główną bazę Orian, Ioveę. Wysłane przeciw nim eskadry myśliwców i niszczycieli nie mogły ich zatrzymać. Arail i Alais wiedzieli, że to podróż w jedną stronę. Spojrzeli na siebie i tak chwilę trwali wpatrzeni jedno w drugie. Statek wbił się w bazę i eksplodował. Potężny wybuch rozświetlił Układ Słoneczny. Był tak jasny jak mała supernowa. Atmosfera Jowisza zafalowała jak woda do której wrzucono kamień. Blask eksplozji był dobrze widoczny z powierzchni Ziemi. Ludzie wpadali w panikę, twierdząc, że "niebo wali im się na głowy". Orianie też byli nie lada przerażeni. Nie było już Iovei, wielkich sił oriańskich. Nie było też Arail'a i Alais. Orianie, pogrążeni w wielkim szoku, nie mogli dojść do siebie i w końcu zadecydowali opuścić Ziemię i cały Układ Słoneczny. Porzucili wszystkie programy badawcze na Błękitnej Planecie i zostawili ludzi samym sobie. Rozebrali też wszystkie swoje siedziby na planecie oraz w pobliskiej przestrzeni kosmicznej i odlecieli w drogę powrotną do swojego macierzystego systemu gwiezdnego. Od tej pory gatunek ludzki mógł liczyć tylko na siebie i rozwijać się według własnej woli, bez "boskiego" nadzoru.
Po pewnym czasie wszystkie te wydarzenia zatarły się w pamięciach ludzkich. Kolejne pokolenia coraz mniej wiedziały co działo się w przeszłości. Historia przekształciła się w legendy, mity, a nawet religie. Ewolucja ludzi trwała jednak dalej, bez przeszkód. Orianie już nie pojawiali się na Ziemi. Jednak nie wszystkie ślady zamierzchłej przeszłości zostały zamazane. Wciąż po Błękitnej Planecie wędrowała w ukryciu trójka Asârich.
Koniec.
|
|