|
|
PULSAR
Rotacja 5. >>> PIECHOTA KOLONIALNA
Przestrzeń kosmiczna. Z ciemności powoli wynurza się statek Gwiezdnych Sił Zbrojnych "Eksplorator", na którego pokładzie znajdowało się stu żołnierzy piechoty kolonialnej, najbardziej elitarnej jednostki, której przypadały tylko najniebezpieczniejsze i najtrudniejsze misje. Towarzyszyły im 3 androidy zajmujące się obsługą techniczną i medyczną.
Po 6 miesiącach uśpienia w kapsułach kriogenicznych komputer pokładowy rozpoczął proces dehibernacji. Żołnierze ospale wstawali i rozchodzili się po statku, starając zająć się swoimi sprawami. Pod koniec pierwszej wachty wszyscy już byli w pełni sił i żwawo kręcili się to tu to tam. Kapitan tymczasem wraz z androidami starał się ustalić dane dotyczące czekającego ich zadania. Zapowiadało się na kolejną, nudną misję sprawdzania podejrzanych planet. Statek właśnie wszedł na orbitę jednej z nich. Miała ona symbol Alfa-CX-11. Na jej powierzchni znajdowała się osada ziemskich kolonistów zajmujących się wydobywaniem rudy uranu. W sumie było ich około tysiąca. Planeta była jałowym pustkowiem na granicy znanych terytoriów. Pokrywały ją głębokie bruzdy i niekształtne skalne formacje. Nikt normalny by się tam nawet nie zapuszczał a co dopiero osiedlał, ale ci koloniści nie mieli zbyt wielkiego wyboru. Zostali tam przesiedleni z powodu zbytniego przeludnienia macierzystego układu. Byli pionkami w planie tworzenia nowych ośrodków cywilizacji i zaludniania rubieży znanego kosmosu.
Wśród marines było wielu nowych rekrutów z ostatniego naboru i była to ich pierwsza misja. Nie mieli łatwego życia. Na każdym kroku musieli udowadniać "starym wygom" swoją wartość. Na szacunek trzeba było ciężko pracować. Ciężej niż "pełnowartościowi" żołnierze. Zadanie na Alfie-CX-11 wyglądało na jeszcze jedną wycieczkę turystyczną, więc "starzy" postanowili wysłać oddział "młodzików", by się tym zajęli. Ciągle niedoceniani i stale utwierdzani w przekonaniu o swojej niższości "nowi" pragnęli za wszelką cenę awansować w tej umownej hierarchii.
Załoga gwiezdnego niszczyciela starała się nawiązać łączność z kolonią. Nikt jednak nie odpowiadał. Jedynym pozostałym więc sposobem rozpoznania sytuacji było wysłanie ludzi na zwiad. "Koty", 12 sztuk plus 1 android, zostały upakowane w lądowniku i zrzucone w atmosferę planety. Po krótkim, acz gwałtownym locie, znaleźli się nad osadą i z góry badali jej teren. Wszystkie budowle i urządzenia wydawały się być opuszczone i to już od dłuższego czasu. Nie było widać jakiejkolwiek aktywności. Jedynie światła pozycyjne lekko świeciły matowym światłem. Oddział wylądował na głównym lądowisku i wszedł do osady przez potężną śluzę. Przez wiele godzin w napięciu przeszukiwali pogrążoną w ciemnościach bazę. Nikogo jednak nie znaleźli. Cała ludność znikła gdzieś bez śladu. W samej bazie nie było żadnych zniszczeń, zupełnie nic co by mogło budzić jakieś podejrzenia. W nadziei, że komputery osady będą w stanie wyjaśnić tą sytuację, marines uruchomili generatory prądu. Światło znów zawitało w kolonii i była to jedyna z tego korzyść, bo w zapisach elektronicznych dzienników również niczego specjalnego nie było. Żołnierze byli całkowicie zdezorientowani. Nawet pozostające na orbicie stare wygi po raz pierwszy zetknęły się z taką sytuacją. Postanowiono by do czasu znalezienia jakiegoś rozwiązania oddział desantowy został w kolonii i jeszcze się trochę rozejrzał. Tym razem sprawdzono także okolice osady i odkryto wrak ziemskiego niszczyciela należącego do innej, bardziej elitarnej jednostki marines. Ze statku pozostały tylko sterty poskręcanego metalu i rozrzucone dookoła inne szczątki. Nie było wątpliwości, że lądowanie nie należało do specjalnie udanych. Katastrofa musiała wydarzyć się stosukowo niedawno, bo główny reaktor napędu był jeszcze ciepły. Nawet nie było sensu szukać ofiar, gdyż skala zniszczeń od razu pozwalała wnioskować, że czegoś takiego nikt by nie przeżył. Wątpliwe też, by udało się znaleźć jakieś ciała.
Obecność innej jednostki na Alfie-CX-11 i jej marny koniec wprowadziły dodatkowe zamieszanie. Kiedy zwiadowcy wrócili i zamierzali powiadomić o swym odkryciu dowództwo na "Eksplorarorze" okazało się, że mimo sprawnej łączności statek nie odpowiadał. W chwilę potem rozległ się głuchy huk tuż obok zabudowań osady. Oddział migiem wybiegł sprawdzić co się stało i odkrył, że właśni rozbił się drugi lądownik desantowy. Na jego pokładzie (a przynajmniej w tym co z niego zostało) znajdowały się 2 roztrzaskane androidy i paru ludzi, choć ze stanu szczątków trudno było powiedzieć ilu. Marines zabrali resztki androidów do kolonii i próbowali odczytać z ich pamięci informacje dotyczące tego co stało się z niszczycielem i jego załogą. Ze strzępów danych udało się dowiedzieć jedynie, że godzinę wcześniej na całym statku rozległ się alarm skażenia jednostki obcymi formami życia. Niedługo potem wszyscy na pokładzie byli martwi. Po trzech dniach pobytu na planecie marines wciąż nie znaleźli żadnego w miarę sensownego wyjścia z tej sytuacji. Bali się pozostawać dłużej w kolonii, bali się też powrotu na statek. Pozostawieni sami sobie nie byli wstanie podjąć jakiejkolwiek decyzji. Kiedy ich przygnębienie sięgnęło już granic wytrzymałości, jeden z patroli odkrył w niewielkiej odległości od bazy podziemny kompleks połączony z kolonią pojedynczym prostym korytarzem. 6 żołnierzy udało się tam by rozpoznać teren. Okazało się, że centralną częścią zabudowań była duża kwadratowa sala, w której znajdowało się dziwne owalne "coś". To "coś" było otwarte u góry i przypominało wielki kokon. Z tutejszych komputerów, nie podłączonych do głównej sieci, wynikało, że znalezisko pochodziło z drugiej strony planety, z jakichś starożytnych ruin, na które koloniści natknęli się podczas odwiertów próbnych pod nowe kopalnie uranu. Marines czym prędzej udali się w drogę powrotną do pozostałej szóstki i androida, bowiem według zapisów kolonistów, istoty z kokonu były niezwykle agresywne, kierowały się jedynie instynktem, a nie rozumem i potrafiły wykorzystywać głęboki cień jako coś w rodzaju teleportera, co tłumaczyłoby ich pojawienie się na statku znajdującym się na orbicie. Kiedy zwiadowcy wrócili do głównego kompleksu odkryli, że po reszcie oddziału pozostały tylko makabryczne szczątki rozmaślone po ścianach i suficie. Nigdzie nie było androida. Żołnierze niemal wpadli w panikę i chcieli strzelać we wszystkie ciemne zakamarki, a nawet we własne cienie. Uspokoiwszy się, zaczęli w końcu logicznie myśleć i zauważyli, że obce stwory musiały jednak kierować się nie tylko samym instynktem, jak mówiły dane zgromadzone przez kolonistów, lecz pewnym rozumem, co dla marines nie było specjalnym pocieszeniem, wręcz przeciwnie, świadomość, że mają do czynienia z tak okrutnym i w dodatku inteligentnym przeciwnikiem tylko ich przygnębiła.
Po dwóch kolejnych dniach bezczynności i wyczekiwania nieuniknionej śmierci żołnierze wpadli wreszcie na pewien pomysł, nieco radykalny, ale nic innego nie udało im się wymyślić, a mianowicie, nawiązanie łączności z wciąż orbitującym wokół Alfy-CX-11 "Eksploratorem", uruchomienie wszystkich jego systemów bojowych i zasypanie planety całym arsenałem broni nuklearnej, jonowej i każdej innej jaka tylko była by dostępna. Planowali unicestwić Alfę wraz ze wszystkimi zamieszkującymi ją potworami. Wbrew pozorom nie miała to być misja samobójcza. Przed bombardowaniem chcieli opuścić zagrożone miejsce lądownikiem desantowym, którym tu przylecieli. Plan miał co prawda wiele wątpliwych punktów, ale najistotniejszym z nich była kwestia teleportacji istot. Skoro wcześniej dostały się na statek, to dlaczego nie miałyby się dostać na lądownik? Uświadomiwszy sobie ten fakt marines obmyślili sposób by temu zapobiec. Zamierzali całe poszycie desantowca i jego wnętrze dokładnie oświetlić zewnętrznymi i wewnętrznymi lampami by nigdzie nie było dostatecznie mrocznego miejsca. Istniał jeszcze jeden dość istotny problem. A jeśli istoty wciąż są na niszczycielu? Żołnierze postanowili nie cumować do statku, tylko spróbować przejąć zdalną kontrolę nad jego funkcjami, a potem w razie konieczności uruchomić procedurę autodestrukcji. W lądowniku było wystarczająco dużo kapsuł kriogenicznych by przez dłuższy czas dryfować w kosmosie w nadziei, że ktoś ją odnajdzie. Tak więc szóstka pozostałych przy życiu marines wpakowała się do lądownika i dokładnie go przygotowała do lotu. Gdy wszystko było już zapięte na ostatni guzik, włączyli lampy i wystartowali. Lot przebiegał bez niespodzianek, czym sami się zdziwili i bezpiecznie dotarli na orbitę. Podlecieli w pobliże "Eksploratora" i starali się nawiązać kontakt z jego głównym komputerem. Po chwili mogli już bez przeszkód kontrolować statek. Wycelowali wszystkie działa i wyrzutnie niszczyciela w planetę i otworzyli ogień. Grad pocisków i ładunków posypał się na Alfę-CX-11, która zamieniła się w ogniste, rozżarzone piekło. Absolutnie nic co żyło nie mogło tego przetrwać. W wielu miejscach litosfera została przebita i płynna skała rozlewała się w oceany lawy. To był koniec przeklętej planety i jej nieszczęsnej kolonii. Marines opanowała euforia, że zniszczyli wroga i że już nic im nie groziło. Przedwcześnie. Z "Eksploratora" nadszedł komunikat, który po najdalsze zakątki ich dusz rozbrzmiał grozą. Jego autorem był android, który gdzieś się zawieruszył w kolonii. Początkowo żołnierze byli w tak wielkim szoku, że zupełnie nie zwracali uwagi na to co mówił. Jedyna myśl jaka przebiła się przez ich porażone mózgi to: jak on się tam dostał, skoro to my mamy lądownik? Dopiero po dłuższej chwili zaczęli słuchać tego co mówił. Twierdził on, że obce istoty są najdoskonalszymi tworami we wszechświecie i że nie ma zamiaru występować przeciw nim, a wręcz przeciwnie, będzie zwalczał ich wrogów, czyli w tym momencie - marines. Po zakończeniu przekazu łączność ze statkiem została przerwana. Android odłączył zewnętrzne sterowanie funkcjami niszczyciela i sam przejął kontrolę. W jednej chwili wszystkie działa i wyrzutnie statku skierowały się w stronę lądownika. Żołnierzy zdjął blady strach i zanim ktokolwiek zdołał wydobyć z siebie jakiś głos zostali unicestwieni potężną salwą. Nawet gwiezdny pył po nich nie został. Anihilacja totalna. Android triumfował, ale tylko przez moment, bo te uwielbiane przez niego "cieniste" istoty rzuciły się na niego rozszarpując go na kawałki. Nie był im już potrzebny. Zajęły statek i korzystając z tego, że android usunął wszystkie zabezpieczenia głównego systemu, aktywowały napęd "Eksploratora". Potrzebowały środka transportu, bowiem same mogły się przemieszczać za pomocą teleportacji jedynie na niewielkie odległości. Niszczyciel zszedł z orbity i odleciał ku zamieszkałym systemom. Dzięki "pomocy" marines cienie rozpoczęły swoją ekspansję.
Koniec.
|
|