handmade pictures incl. realistic and comix-like drawings and some additional manga paintings pictures made with pc graphic software such as Adobe Photoshop, Corel Draw etc. 3d graphics made in Bender mainly graphic logos and graffiti projects comics made by Sebasthien in european and manga drawing style based on the scripts by Sebasthien photos statues,people, nature flash, 3d, animations scipts, short novels, comix scripts links, recommended sites to see info about author and general inf

PULSAR
Rotacja 3. >>> CX-GAMMA-9


       Potężny krążownik piechoty kolonialnej "Thunderbird" leci na nową misję. Na pokładzie znajduje się 10 tysięcy marines i cała masa najróżniejszej broni. Ich celem jest planeta Cx-Gamma-9, na której wywiad odkrył statek obcej rasy, z którą akurat ludzie prowadzą wojnę. Zadaniem żołnierzy jest rozeznanie dlaczego wrogowie interesują się tą planetą, która to jest położona daleko od wszelkich szlaków i zamieszkałych systemów. W razie kłopotów piechota ma rozkaz użyć wszelkich sposobów by zniszczyć przeciwnika, ale tylko w absolutnej ostateczności. Priorytetem jest ustalenie co tam się dzieje. Po wielu miesiącach lotu, krążownik dociera do docelowego systemu. Cx-Gamma-9 jest w zasięgu skanerów. Załoga i żołnierze budzą się z kriogenicznego snu. Rozpoczyna się badanie planety z orbity. Nic ciekawego nie widać. Odnajdują w końcu statek obcych. Wydaje się być opuszczony. Żadnego ruchu, ale czujniki wykrywają słaby poziom energii. Część systemów statku musiała więc działać. Po pewnym czasie obserwowania, postanowiono wysłać sondę na zwiady. Próbnik "DeepEye" poleciał prosto do miejsca w którym leżał nieprzyjacielski obiekt. Po pokonaniu grubych chmur atmosfery, sonda dotarła do celu i zaczęła przesyłać dane oraz obraz na "Thunderbirda". Badany statek okazał się być prawdziwym olbrzymem o dziwnej konstrukcji i kształcie. "DeepEye" przeleciał wzdłuż kadłuba. Nie było żadnej reakcji ze strony obcych. Wszędzie zalegały ciemności. Aktywność źródęł mocy zdradzały tylko migające światła pozycyjne olbrzyma, które skrzyły się delikatnie w gęstym powietrzu planety. Na krążowniku zdecydowano o wysłaniu oddziału zwiadowczego - 10 ludzi by obejrzeli z bliska "wrak", a szczególnie jego główną śluzę. Na powierzchnię planety dostali się za pomocą małego pojazdu desantowego. Zaraz po lądowaniu zbiegli po rampie desantowca i pędem przebiegli kawałek odsłoniętego terenu pomiędzy miejscem ich wysiadki a statkiem wrogów. Zatrzymali się dopiero przy samym kadłubie. Potem, wolno i ostrożnie szli tyralierą w kierunku śluzy. Oddział był uzbrojony po zęby. Wszyscy mieli grube zbroje ochronne. Jednak najbardziej rzucały się w oczy ich potężne, szturmowe karabiny szybkostrzelne, "SmartGun'y". Gdy dotarli do głównych, ogromnych wrót, zaczęli je starannie oglądać w poszukiwaniu jakiegoś mechanizmu otwierającego. Nie chcieli ich ciąć laserem, a tym bardziej wysadzać. W końcu nie było wiadome z czym mają do czynienia i jakie to mogłoby za sobą pociągnąć konsekwencje. Jeden z marines znalazł coś co mogło być takim "otwieraczem" jakiego szukali, a przynajmniej tak to wyglądało. Żołnierz go nacisnął. Chwila ciszy, po czym z łoskotem śluza się otworzyła. Oddział wszedł do wnętrza statku. Szli długim korytarzem o wielkiej średnicy. Wewnątrz statku panowały ciemności przez które przebijały się tylko szeregi lekko świecących świateł rozmieszczonych na ścianach, podłodze i suficie. Po pewnym czasie stwierdzili, że jak dotąd nie mijali żadnych bocznych korytarzy czy pomieszczeń. Był tylko ten korytarz. Gdzieś po jedno kilometrowym marszu osobliwy tunel się skończył wielką, naprawdę ogromną salą, tak przynajmniej wskazywały czujniki, bo tutaj nie było już żadnych świateł. Panowała całkowita ciemność, której nie były w stanie oświetlić małe, naramienne lampy. Dziarskich marines opuszczała pewność siebie. Nie było takiego, któremu by ciarki po plecach nie przeszły. Szli dalej ustawiwszy się w szyk gwiazdkowy, tzn. utworzyli koło i każdy pilnował swojej strony. Zmierzali na sam środek pomieszczenia. Gdy tam dotarli zatrzymali się i w ciszy chwilę stali nieruchomo wsłuchując się w pustkę i obserwując wskazania skanerów. Kompletnie nic się nie działo. Absolutnie żadnej reakcji ze strony obcych. Statek też wydawał się "martwy". Jednak światła pozycyjne i oświetlenie korytarza niepokoiło marines. Dowódca starał się nawiązać kontakt z "Thunderbirdem", ale łączność okazała się niemożliwa. To przez kadłub olbrzyma. Wysłano więc jednego żołnierza by przeciągnął kabel radiostacji drogą, którą tu przyszli i ustawił nadajnik na zewnątrz, przy głównej śluzie. Ten niezbyt chętnie, ale poszedł jak mu kazano. Tymczasem reszta czekała nie ruszając się z miejsca. Po dłuższej chwili, znacznie dłuższej niż czas potrzebny do przebycia tego korytarza, ciągle nie było kontaktu, ani z krążownikiem, ani z owym marine. Postanowiono już nikogo nie wysyłać by sprawdzać co się stało. Marines zaczęli ciągnąć kabel radiostacji. Szło im nadspodziewanie łatwo i lekko. Chwilę później dowiedzieli się dlaczego. Kabel był zerwany i ani śladu zaginionego. Po bliższym przyjrzeniu się zauważyli, że kabel nie był ot tak sobie przerwany, lecz jakby przegryziony. Wskazywała na to jego postrzępiona końcówka. Bardzo złe przeczucia ogarnęły grupę. Rzucali flary by jakoś oświetlić okolicę, ale niewiele to dało. Zlani potem żołnierze zaczęli więc iść w drogę powrotną. Kiedy dotarli w miejsce, gdzie powinien kończyć się korytarz, okazało się, że go tam nie ma. Natrafili jedynie na gładką ścianę, która lekko lśniła oświetlona lampami. Nie było na niej widać żadnych łączeń. Wyglądała jakby cała była jedną, ogromną całością. Marines nerwowo patrzyli na czujniki. One jednak nieugięcie wskazywały, że to właściwa droga. Przeczucia powoli zaczęły zamieniać się w lęk. Dowódca nakazał podział grupy na dwa oddziały: jeden - czteroosobowy, drugi - pięcioosobowy. Miały one iść wzdłuż ściany w przeciwnych kierunkach w nadziei, że któraś znajdzie wyjście. Według czujników sala była kształtu sześcianu o równych bokach, tak więc jak będą tak iść w odwrotnych kierunkach to spotkają się po drugiej stronie pomieszczenia, dokładnie eksplorując jego boki. Na wszelki wypadek grupy połączyły się długą, zwijaną liną. Miało to znaczenie raczej symboliczne bo i tak nikt nie wierzył by w razie jakichś opałów taka "nitka" miała im pomóc. Z sercami w gardłach zaczęli więc posuwać się naprzód. W grupie pięcioosobowej był dowódca - John Ash, który gdy stracił z oczy drugi oddział, poważnie się zastanawiał czy decyzja o rozdzieleniu się była dobrym pomysłem. Lina ciągle się rozwijała, nawet kiedy grupa dotarła do narożnika pomieszczenia i przemieszczała się równolegle z drugim zespołem. John Ash dopiero po chwili zauważył, że coś tu nie gra. Lina nie mogła przecież ciągle się wydłużać, skoro oddziały dzieli ta sama odległość. Kazał się zatrzymać. Wszyscy stanęli, ale lina nie "posłuchała". Nagle jej zapas się skończył i żołnierz, który miał na plecach bęben i mechanizm zwijający został tak szarpnięty, że przeleciał parę metrów w powietrzu, po czym runął na ziemię i został pociągnięty w czarną otchłań. Reszta marines chaotycznie ruszyła za nim, próbując go złapać. Tylko dowódca starał się zachować zimną krew i wrzeszczał na podwładnych by się zatrzymali. Oni jednak nie posłuchali. Pognali przed siebie i szybko ich naramienne lampy zniknęły z zasięgu wzroku Ash'a. Został sam. Przez chwilę klął jak szewc i płonął z gniewu, zaraz się jednak uspokoił i próbował zebrać myśli. Przyszły mu do głowy trzy możliwości: iść dalej wzdłuż ściany i może znaleźć wyjście, pójść za maruderami lub zostać na miejscu i nigdzie się nie ruszać, bo może sami wrócą, albo druga grupa obejdzie "swoją" część sali i pójdzie tą stroną sprawdzając co się stało z pierwszym oddziałem. W końcu zdecydował się iść dalej. Minął drugi róg pomieszczenia i szedł wzdłuż boku, gdzie powinien spotkać się z marines. Szedł i szedł, aż dotarł do trzeciego rogu. Nigdzie ani śladu żołnierzy. Nie było też żadnego wyjścia. Ash był bliski załamania. Spojrzał na skaner. Ten, jak wcześniej, wskazywał, że korytarz znajdował się w miejscu, gdzie był na początku. Już z ostatkiem nadziei skierował się w tym kierunku. Nie szedł już przy ścianie, lecz w linii prostej. Zanurzył się w mroku. Według odczytów zbliżał się do wyjścia i rzeczywiście, po chwili je ujrzał. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Na wszelki wypadek postanowił się nie odwracać za siebie i nie tracić go z widoku. Niezbyt pewnie wszedł do tunelu. Wciąż miał wątpliwości czy to aby "ten" tunel. Było tutaj takie samo słabe oświetlenie jak w korytarzu, którym szli wcześniej, jeszcze wszyscy razem. Zobaczył przed sobą śluzę. Przyspieszył kroku. Niemal wybiegł z obcego statku. Przebył jeszcze pewną odległość otwartego terenu, po czym zatrzymał się. Łapczywie wdychał tlen z zasobnika a następnie obrócił się za siebie. Skamieniał. Kompletnie nie mógł złapać jakiejkolwiek myśli. Absolutnie nie był w stanie zrozumieć tego co widział. Patrzył bowiem na puste pole. Statku nie było, ani żadnego śladu po nim. Ash padł na kolana. Pogrążył się w apatii. Za nim, w górze, zamajaczyły światła. To lądownik, kierowany przez autopilota, przyleciał po żołnierzy. Dowódca wsiadł na pokład, a desantowiec wzbił się wysoko w niebo. Ash zdążył już pozbierać się po przeżytym szoku, gdy trafił go kolejny cios. "Thunderbirda" nie było na orbicie. Kody wywoływawcze lądownika nie docierały na krążownik. Nie można go było namierzyć. Zniknął jak oddział zwiadowczy, a później statek. Jedyne co powstrzymywało Ash'a od szaleństwa to desantowiec, który ciągle istniał i był dowodem, że to wszystko nie było snem, czy złudzeniem. Ash ustawił autopilota by skierował się na Ziemię, po czym chwilę przez iluminator wpatrywał się w przestrzeń kosmiczną i oddalającą się coraz bardziej planetę Cx-Gamma-9. Gdy już całkowicie zanurzyła się w ciemności, ułożył się w hibernatorze i aktywował go. Przed zaśnięciem przyszło mu jeszcze do głowy pytanie: "Ciekawe, czy jak się obudzę, to odważę się spojrzeć czy Ziemia jest tu gdzie być powinna?"

Koniec.

All rights reserved. Unauthorized copying, reproduction, lending, any commercial use prohibited. Whole Artwork in this portfolio belongs to Sebastian Strzeszewski.
Prawa do wszystkich grafik i prac umieszczonych w tym portfolio posiada Sebastian Strzeszewski. Nieautoryzowane ich użycie jest zabronione.