|
|
ODYSEJA GŁUPCÓW
(comix script - short novel)
Normalny świat normalnych ludzi. Wszystko jest do bólu normalne. Ludzie codziennie wstają rano o jakichś abstrakcyjnych porach, ledwie przytomni wleką się do pracy i gdzieś po 10 godzinach wleką się z powrotem do domów. Ledwie wrócą, coś zjedzą, może nawet porozmawiają z rodziną i idą spać ze świadomością, że następnego dnia to wszystko się powtórzy. I mimo, że będzie tak przez około 60 lat, twierdzą nawet, że są szczęśliwi.
Zdarzają się jednak tacy, którzy nie postrzegają świata w taki sposób. Takimi wyjątkami byli dwaj studenci jakiegoś tam wydziału (nie lubianego w każdym bądź razie), wielcy fani komiksów i wszelkiej fantastyki - Sam i Max. Obserwując otaczającą ich rzeczywistość, doszli do wniosku, że coś ty jednak nie grało tak jak powinno. Po pewnym okresie w miarę normalnego życia powiedzieli sobie i wszystkim innym "dość". Jako, że byli członkami bractwa rycerskiego i klubu fantasy, postanowili, że ubiorą swoje zbroje, wezmą miecze w dłonie i ruszą ku przygodzie.
Tak więc pewnego dnia nie poszli na zajęcia. Stanęli dziarsko na ulicy przed domem. Przechodnie patrzyli na nich jak na głupców, którymi w rzeczy samej byli. Stali tak chwilę, potem jeszcze jedną chwilę i w końcu wrócili do domu. Sam stwierdził:
- Kurde! Nie wymyśliliśmy jeszcze co będziemy robić!
- Fakt! - odpowiedział Max.
Nie mogli wpaść na żaden pomysł, dopóki nie sięgnęli po pudełko płatków śniadaniowych. Była tam wydrukowana mapa prowadząca do skarbu, gdzieś w jednym królestwie i do królewny w drugim. Była to taka gra planszowa dla dzieci, ale Sam i Max potraktowali to bardzo poważnie. Wycięli ją i znów dziarsko stanęli na ulicy. Było już ciemno. Nikogo w okolicy. "Rycerze" wrócili więc do domu z silnym postanowieniem wyruszenia z samego rana.
Ponownie wstało Słońce nad tym normalnym światem. Jeszcze kogut nie zdążył zapiać (nic dziwnego, w końcu w mieście ich nie ma), gdy dwaj wariaci rozpoczęli swą podróż. Starali się poruszać cicho i nie zwracać na siebie uwagi, co nie było wcale takie łatwe, zważywszy, że mieli na sobie tony złomu. Pokonawszy pierwszą przecznicę i porządnie wystraszywszy pierwszą z napotkanych babć, dotarli do głównej ulicy tej części miasta - sporej przeszkody na ich trasie. Chowając się za znakiem drogowym długo zastanawiali się co z tym faktem zrobić. W końcu, ścięli mieczami ów znak, co skutecznie odstraszyło spacerujących w pobliżu przechodniów (w tym parę kolejnych babć). Następnie, ścięli jeszcze parę takich znaków i wiążąc je ze sobą za pomocą linki utworzyli nad arterią łuk. Trzymając miecze w zębach wdrapali się na najwyższy odcinek "mostu". Tak akurat się złożyło, że przelatywało tamtędy stado gołębi i akurat w tym momencie postanowiły usiąść na owym architektonicznym cudzie. Konstrukcja załamała się i "rycerze" runęli w dół. Wpadli z impetem na ciężarówkę z kurczakami. Pierze poleciały w górę przesłaniając niebo. Kierowca był tak pijany, że nawet tego nie zauważył i jak gdyby nigdy nic jechał dalej. Max tymczasem wrzasnął:
- Aaa! Atakują nas krwiożercze wrony Czarnego Lorda!
Miał tu oczywiście na myśli zdziwione takim oskarżeniem kury. Wszystkie zgodnie i równocześnie popukały się wymownie w czoła, a kogut stwierdził:
- Tępe ćwoki!
Max nie wytrzymał i rzucił się z mieczem na drób. Sam poszedł w jego ślady. Ciężarówka zamieniła się w pole bitwy. "Rycerze" cięli wszystko co było w ich zasięgu, a kurczaki ciskały w nich uzbrojonymi jajami. Na całej trasie dochodziło do spektakularnych wypadków, gdy wstrząśnięci takim widokiem kierowcy przestali zwracać uwagę na to gdzie jadą. Na horyzoncie pojawił się policyjny śmigłowiec sprawdzający zatłoczenie ulic. Sam szybko go dostrzegł:
- Smok bardzo zły nadciąga!
Gdy helikopter zbliżył się do ciężarówki, w jego stronę poleciały nieszczęsne kury, zmuszając go do odwrotu. Sam i Max stwierdzili, że tą bitwę wygrali i postanowili wysiąść. Nie zauważyli jednak faktu, że ciężarówka wciąż jechała i to całkiem szybko. Po chwili zawieszenia w powietrzu, runęli w dół i orając twarzami asfalt zatrzymali się po kilkudziesięciu metrach. Pozbierawszy się (z wielkim trudem), odczłapali się na bok, do jakiegoś zaułka przy parku miejskim, gdzie wyśmiali ich miejscowi bezdomni. To ich jednak nie zraziło i już po chwili znów byli na nogach. Ruszyli przez park, robiąc jak zwykle wielkie zamieszanie. Babcie, dziadkowie, matki z dziećmi, wszyscy uciekali na ich widok. Park szybko się wyludnił co Max skwitował:
- Ziemie opustoszały gdy Zły zasiadł na swym tronie.
Sam dodał:
- Jeszcze odrobinę cierpliwości i wyzwolimy te landy.
Jakiś czas tak chodzili w kółko trochę bez pomysłu na to gdzie udać się dalej. Sięgnęli po mapę. Okazało się (według ich mniemania), że gdzieś tutaj powinien znajdować się zakopany skarb. Problem tylko w tym, że nie było wiadomo gdzie dokładnie był on ukryty. "Rycerze" postanowili więc przekopać cały park. Gdzieś po 2 godzinach i wykopaniu dołu metr na metr, stwierdzili, że ręczna robota nie ma większego sensu. Zdecydowali się wykorzystać "smoka", czyli stojącą niedaleko koparkę. Po kolejnych 2 godzinach "przekonywania" gada poczuli, że najwyższy już czas coś zjeść, a że nie wzięli ze sobą większych zapasów trzeba było zapolować na jakąś zwierzynę. Z głodem w oczach popatrzyli na wyprowadzane psy. Właściciele pupili zwiewali ze swoimi zwierzakami jak tylko wariaci pojawili się w zasięgu wzroku. "Rycerze" rozglądali się też za kotami, ptakami, wiewiórkami. Nic się jednak nie dawało złapać i już chcieli się poddać, gdy stanęli przed sklepem zoologicznym. Niczym wygłodniałe wilki wpadli do środka, wystraszywszy klientów i sprzedawców. Przez jakiś czas ze sklepu dochodziły straszne odgłosy, jakby trolle urządziły sobie ucztę, a potem zapanowała cisza. Tymczasem, pod sklepik podjechała policja zawiadomiona przez właściciela. Gliniarze szybko rozstawili się na miejscach i czekali na rozkaz do szturmu. Akcją dowodził porucznik Axel Nash, który miał już spore doświadczenie w tropieniu i zamykaniu najróżniejszych wariatów i szaleńców (głównie dlatego, że sam nie był za specjalnie normalny). Widząc co się święci Sam i Max założyli na siebie znalezione skóry owcze i wypuścili z klatek wszystkie zwierzaki, które z ogromnym impetem wypadły na ulicę. Powstało ogromne zamieszanie, dzięki któremu "rycerze" niepostrzeżenie wyślizgnęli się z obławy. Nash wpadł we wściekłość i był już gotów strzelać do wszystkiego co się rusza. Ucieczka wariatów nadwerężyła jego ambicje. Teraz już trzech nieobliczalnych idiotów krążyło po mieście. Sam i Max wrócili po parku poszukiwać skarb. Tym razem nie zamierzali się cackać ze smokiem-koparką. Wskoczyli na nią i wyrzucili z kabiny orka-operatora. Po krótkiej walce z maszynerią udało się im uruchomić pojazd i z kopyta ruszyli do przodu, niszcząc sprzęt robotników. Ci rzucili się w pogoń za złodziejami, wskakiwali na koparkę i próbowali ją zatrzymać. Sam i Max zacięcie jednak bronili i kopiąc, bijąc kijami zrzucali chmary "orków". Podczas tej potyczki rozjeździli cały park. Zniszczyli wszystkie trawniki i powalili większość drzew. W końcu, nawet potężna maszyna tego nie wytrzymała i z ogromnym łoskotem przewróciła się na bok. Jej łyżka do kopania wryła się głęboko w ziemię wyrzucając glebę wysoko w powietrze. "Rycerze" szybko się pozbierali i już chcieli uciekać, gdy zobaczyli, że w wybitej dziurze coś świeci. Natychmiast tam wskoczyli i odkopali znalezisko. Był to jakiś stary (przynajmniej na taki wyglądał) kuferek ze złoconymi klamrami. Serca poszukiwaczy niemal wyskoczyły im piersi, jednak nie było zbyt wiele czasu do świętowania - znów pojawiła się policja z porucznikiem Nash'em na czele. Tym razem mieli ciężki sprzęt - transportery, spychacze itd. Wszystko to parło na przód niszcząc te części parku, których nie zdążyli zniszczyć "rycerze". Sam i Max nawet nie zamierzali walczyć z przeważającymi siłami "Mrocznego Władcy" i woleli taktyczny odwrót - to jest, wzięli nogi za pas. Za chwilę jednak zobaczyli, że zostali otoczeni i sytuacja nie wygląda zbyt obiecująco. Postanowili więc wykorzystać coś co szykowali na taką beznadziejną sytuację - schowane w plecakach lotnie ze składanymi skrzydłami. Szybko, w biegu je złożyli i wnieśli się w powietrze tuż przed linią policjantów. Axel Nash rozkazał otworzyć ogień i ich zestrzelić. Rozpętało się piekło. Gliniarze strzelali ze wszystkiego co tylko mieli pod ręką. Tysiące kul pruło powietrze trafiając we wszystko dookoła, tylko nie w uciekinierów. Okolice parku zmieniały się w jedną wielką ruinę. Dwójce wariatów udało się odlecieć poza zasięg policyjnych luf i swobodnie lecieli nad miastem. Szybowanie nie trwało jednak długo, bo lotnie nie były za specjalnie porządnie wykonane i gdy Sam i Max pewien kawałek (spory nawet) przelecieli sprzęt zaczął się rozsypywać. "Rycerze" runęli w dół. Mieli jednak niezwykłe szczęście, ponieważ zamiast roztrzaskać się o chodnik, trafili w bardzo obfite biusty dwóch grubych bab (trwał tam właśnie zlot puszystych dam), od których odbili się i z bardzo szczęśliwymi minami przelecieli kilkaset metrów, aż w końcu wylądowali w kontenerze na śmieci. Pech chciał, że akurat przyjechała śmieciarka i zgarnęła do swego wnętrza zawartość pojemnika. "Połknięci przez smoka" Sam i Max nie wpadli w panikę. W "żołądku gada" rozpalili ognisko i podziwiali wykopany wcześniej kuferek. Na razie jednak nie chcieli go otwierać. Postanowili bowiem, że wydobędą skarb dopiero, gdy odnajdą królewnę. Miał to być dla niej prezent. Teraz zdrzemnęli się trochę, skoro nic ciekawego się nie działo. Kiedy się obudzili, stwierdzili, że "smok" się nie porusza.
- Widocznie śpi. - mruknął Sam.
Śmieciarka stała w bazie Służby Oczyszczania Miasta, która dziwnym zbiegiem okoliczności znajdowała się niedaleko komisariatu policji, gdzie pracował porucznik Axel Nash. Sam i Max wygramolili się z wnętrza pojazdu i rozglądali się, gdzie ich "smok" wywiódł. Spoglądali a to na mapę, a to na okolicę. Doszli do wniosku, że aby dotrzeć do królestwa, w którym była królewna, musieli udać się na dalekie południe. Stanowczo za dalekie, by iść tam pieszo, kiedy tyle "orków" deptało im po piętach. Usiedli i kombinowali co by tu zrobić. W pewnej chwili zauważyli, że niedaleko jest stacja metra i zaświtał im głowach pewien pomysł. Według nich, metro było wielką dżdżownicą drążącą wielkie i długie tunele w ziemi, a na której można było, jeśli posiadało się odpowiednie umiejętności, za darmochę się przejechać. To zaoszczędziłoby im mnóstwo czasu i wysiłku. Przebiegli więc przez ulicę i skierowali się do wejścia. W tym akurat momencie z posterunku policji wychodził Axel Nash i zauważył zbiegów. Natychmiast ruszył za nimi. Sam i Max byli niezwykle podekscytowani wyprawą do podziemi. Zawsze bowiem marzyli o zwiedzeniu komnat krasnoludów, a teraz pojawiła się niepowtarzalna okazja, Gdy podjechał pociąg wsiedli do niego (choć z początku mieli spore opory) i co nie jest wielkim zaskoczeniem, wystraszyli wszystkich pasażerów w wagonie, którzy woleli uciec niż podróżować z wariatami machającymi na wszystkie strony mieczami. Śledzący ich Nash wsiadł do kolejnego przedziału. Przejechali tak cała linię i wysiedli dopiero na stacji końcowej. "Rycerze" zauważyli porucznika i rzucili się do ucieczki. Kiedy dotarli wyjściem na powierzchnię, okazało się, że zostali otoczeni przez szczelny kordom policji wyposażonej w chyba każdą możliwą broń. To sprawka Nash'a, który zdążył zaalarmować wszystkie jednostki w mieście. Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Sam i Max tym stracili nadzieję, że tym razem uda im się wymknąć podłym "orczym" łapom. Trymujący Axel Nash stanął za nimi i napawał się zwycięstwem. Końcowa stacja tej linii metra znajdowała się tuż przy zakładzie psychiatrycznym przetrzymującym najróżniejszych wariatów o najróżniejszym stopniu wariactwa i większość z nich przypatrywała się przez okna całemu temu przedstawieniu. Postanowili odbić swych "braci". Na policjantów runęła nieobliczalna armia wyekwipowana w zbroje, miecze, tarcze, włócznie i inne przydatne rzeczy (choć nie wiadomo skąd ci idioci je wzięli). Rozpętała się zawzięta walka, w wyniku której okolica stopniowo zmieniała się w kompletną ruinę. W całym tym zamieszaniu Samowi i Maxowi udało się uciec, a goniący ich Axel Nash wpadł w łapy strażników i psychiatrów z zakładu próbujących opanować ten chaos. Bitwa trwała przez wiele godzin i kiedy "rycerze" przekroczyli granicę miasta to jeszcze widzieli w oddali wznoszący się kurz. Powoli zbliżała się noc, więc należało znaleźć sobie jakieś miejsce do spania. Na legowisko "rycerze" wybrali wielki, rozłożysty dąb i przenocowali na jego gałęziach.
Nastał kolejny dzień. Ranek. Słońce dopiero co wyszło zza horyzontu. Jego promienie obudziły Sama i Maxa. Max tak zamaszyście się przeciągnął, że spadł ze swojego legowiska i pociągnął za sobą Sama. Obaj polecieli w dół i z impetem zderzyli się z ziemią. Gdy się pozbierali, sprawdzili na mapie gdzie są. Wyszło, że niepotrzebnie opuścili granice miasta i jeśli chcieli odnaleźć królewnę, musieli tam wrócić. Ruszyli więc w drogę. Po pewnym czasie dotarli w końcu w rejon wskazywany przez mapę, którą, dla przypomnienia, wycięli z płatków śniadaniowych. Rozejrzeli się dookoła. Niedaleko nich znajdowała się drapacz chmur. Na jego najwyższym piętrze "rycerze" dostrzegli jakąś dziewczynę o jasnych włosach stojącą na balkonie widokowym. Nie mieli wątpliwości, to z pewnością ona - królewna, której z takim poświęceniem szukali. Pędem wbiegli do budynku i przeskakując nad bramkami ochrony skierowali się do schodów. Strażnicy ruszyli za nimi. Gdy po jakiejś godzinie wspinaczki zasapani dotarli na samą górę, zobaczyli, że całe piętro obstawione jest przez ochronę (która nie żyła w świecie iluzji i skorzystała z windy). Wariaci nie zamierzali się jednak poddawać. W końcu, byli już tak blisko celu. Odkręcili kratkę zakrywającą szyb wentylacyjny i zaczęli czołgać się ciasnym kanałem. Krążyli tak dłuższy czas w labiryncie połączeń i rozgałęzień. Tym sposobem uniknęli strażników i dotarli na taras widokowy, gdzie czekała "ich królewna". Na widok "rycerzy" dziewczyna omal nie zemdlała. Sam i Max padli na kolana i mówili, że wieki całe jej szukali, zapewniali o swoim bezgranicznym poddaństwie. Na dowód tego zamierzali podarować jej skarb, który znaleźli specjalnie dla niej. Rozbili kłódkę zamykającą kuferek, po czym radośni otworzyli go. Jednak już po chwili go zamknęli i spojrzeli na siebie. Znów go otworzyli i znów go zamknęli. Zrzucili z siebie zbroje, wyrzucili miecze. Wyciągnęli z kuferka kostiumy Gwiezdnej Floty i plastikowe pistolety laserowe (kiedyś należące pewnie do jakiegoś dzieciaka). Natychmiast się przebrali i zgodnie zakrzyknęli:
- O wielki Wszechświecie, pełny nie odkrytych światów! Dotrzemy tam gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek!!! - i ruszyli w drogę powrotną na poziom gruntu. Jeszcze niedawna "królewna" widziała jak wybiegają z budynku i szerząc chaos znikają w oddali głównej ulicy miasta.
Koniec.
|
|