|
|
DZIWNA WOJNA
(comix script - short novel)
Trwa jakaś wojna. Samotna baza wojskowa (lotnisko) gdzieś na jakiejś wyspie. Brak kontaktu z dowództwem i innymi bazami. Jakby byli sami. Lotnicy codziennie wylatują na misje. Atakują jakieś cele. Sami ich jednak nie widzą, musza wierzyć danym. Często ciężkie straty. Strach przed niewidzialnym wrogiem.
Michael Van i John White są technikami z obsługi naziemnej. Nie opuszczają więc wyspy. Bill Knives jest pilotem i nieustannie lata na misje. Codziennie towarzyszy mu strach przed utratą przyjaciół ze szwadronu, z którymi odbywa loty. Po każdym powrocie rozmawia z Michaelem i Johnem o swoich przeżyciach i przeczuciach. Zwykle dyskutują o celowości tego wszystkiego, o tej całej wojnie. Maja nawet swoje miejsce na tego typu rozmowy - polankę na wzgórzu, które nazwano "wzgórzem rozmyślań". Ciągle tam przesiadują. Widać stamtąd tylko samą wyspę. Od brzegu rozpościera się gęsta, bezkresna mgła, co sprawiało, że żołnierze na lądzie mieli wrażenie, że są w jakiejś wielkiej klatce. Panowało powszechnie poczucie zamknięcia. Wszystkie loty oparte były na wskazaniach przyrządów. Uczucie klaustrofobii potęgował brak łączności z resztą świata. Nie można było połączyć się z dowództwem, ani innymi bazami. Zapasy amunicji i paliwa powoli się kończyły i wszyscy zastanawiali się co wtedy będzie. Morale podupadało.
Pewnego dnia z misji nie wrócił Bill. Michael i John pogrążyli się w apatii. W ciszy siedzieli na swoim wzgórzu i wpatrywali się w pustkę. Nie wiedzieli co powiedzieć. Nie spodziewali się, że na ich spotkaniach zabraknie ich przyjaciela. Gdy tak trwali w milczeniu, mgła powoli zaczęła przesuwać się wgłąb wyspy. W bazie wybuchła panika. Wszyscy biegali to w jedna, to w drugą stronę. Michael i John patrzyli na całe to zamieszanie ze swego wzgórza. Zdawali się nie rozumieć co tak właściwie dzieje, jakby oglądali jakieś przedstawienie i nie zauważali, że są jego częścią. Chmury zakryły niemal całą wyspę. Po chwili poziom mgły się obniżył i zrównał z wierzchołkiem Wzgórza Rozmyślań, tworząc wspaniały widok. Wyglądało to tak jakby polankę na wzniesieniu oblewało morze białego puchu rozjaśnionego promieniami słońca. Nie było już widać bazy. Nie rozbrzmiewał żaden dźwięk oprócz delikatnego szumu wiatru ocierającego się o szczyt. Po horyzont rozciągało się czyste, błękitne niebo. Michael i John wstali i zaczęli powoli, lecz zdecydowanie, iść ku brzegom polanki. Weszli na chmury i krocząc po nich szli przed siebie. Po jakimś czasie zobaczyli przed sobą jasność. Były w niej przepiękne ogrody, wodospady, rzeki i kunsztowne budowle. Było tam pełno ludzi różnej płci, różnych ras. Wszyscy mieli długie, śnieżnobiałe szaty. Michael i John weszli w tą jasność i w niej znikli. Chmury zaczęły się rozwiewać. Znów była widoczna cała wyspa, lecz nie było już na niej żadnych śladów bazy, czy obecności ludzkiej.
Koniec.
|
|