|
|
ÄILEE
(comix script - short novel)
W pewnym, dziwnym nieco świecie istniał sobie pewien nietypowy kamień, będący przyczyną wielu niezwykłych (destrukcyjnych) zdarzeń, a który odróżniał się od innych kamieni tym, że był magiczny, choć tak właściwie to nikt nie wiedział na czym ta jego magia polegała. Nie wiadomo też było skąd ów kamień pochodził i czy stał się magiczny tak sam z siebie, czy też ktoś go takim uczynił. Pewne natomiast było to, że wszyscy mieli na niego chrapkę, od smoków poprzez elfy, krasnoludy, gobliny aż do wróżek leśnych. Samotni poszukiwacze, ekspedycje, potężne armie co chwilę przeczesywały wszystkie krainy świata szukając Äilee, tak bowiem nazywano ów kamień, a oznaczało to "Błyszczący Księżyc", choć wbrew swej nazwie był on koloru czarnego. Od wieków co jakiś czas przez świat przelewały się fale poszukiwań. Wówczas to "gorączka Äilee" opanowywała wszelkie istoty najróżniejszych gatunków. Wszyscy, którzy mogli rzucali swe zajęcia i ruszali po cenny przedmiot. Mnóstwo wojen wybuchało już z tego powodu. Gdy przez dłuższy czas nie natrafiano na ślad kamienia, wyprawy kończyły się, a jej uczestnicy wracali do domów. "Gorączka Äilee" mijała i przez paręset lat panował spokój, do kolejnej fali, a taka właśnie już się zbliżała.
W górzystej krainie porośniętej gęstymi lasami i poprzecinanej bystrymi, krystalicznie czystymi strumykami żyła sobie młoda elfka o imieniu Maaya. Była ona Pogromczynią Smoków, to jest kimś kto biega w tą i z powrotem po różnych krainach z bardzo wielkim mieczem i poluje na ogromne gadziny. Tak przynajmniej robili prawdziwi Pogromcy, czyli ci, którzy naprawdę zabili jakiegoś smoka, Maaya natomiast mimo swego tytułu jeszcze żadnego potwora nie powaliła. Tak właściwie to nawet żadnego do tej pory nie spotkała. Oczywiście nie omieszkiwali jej tego wypominać inni łowcy przy okazjonalnych spotkaniach. Błędem jednak byłoby uznać młodą elfkę za totalną fajtłapę, gdyż mimo, że jej łowieckie dokonania nie były zbyt imponujące (nawet ze zwykłymi orkami miewała spore kłopoty), to jakby nie było, należała do kasty elfich łowców od wieków przemierzających niezliczone krainy.
Owa Maaya przebywała właśnie w popularnej wśród łowców tawernie znajdującej się głównego traktu wiodącego z północy na południe. Przebywało tam wielu przejezdnych, kupców, wojowników. Obok tawerny znajdował się inny, starszy, zarośnięty gęstą roślinnością trakt. Maaya zaczęła się o niego pytać, ale jedyną odpowiedzią były historie o czających się tam upiorach. Łowczyni jednak się tym nie zrażała i właśnie tam wyruszyła. Przez jakiś czas zupełnie nic się nie działo, jednak później, tu i ówdzie rozlegały się różne dziwne odgłosy. Maaya jeszcze o tym nie wiedziała, ale w ten oto sposób tutejsze krasnoludy odstraszały niepożądanych gości (czyli w praktyce wszystkich). Robiły tak gdyż w okolicy miały kopalnię, oficjalnie uchodzącą za miejsce wydobycia kryształów, ale w rzeczywistości była to tylko zasłona przed poszukiwaniem Äilee. Były to pierwsze w tym sezonie próby odnalezienia kamienia. Widząc, że elfka wcale nie zamierza zawrócić, krasnoludy schwytały ją, związały mocną liną i zabrały do swego obozu. Gdy udały się na poczęstunek i debatę w sprawie jeńca, Maaya zdołała się uwolnić i nie mając innej drogi ucieczki weszła do kopalni. Po drodze znalazła coś pięknie błyszczącego w ciemnych korytarzach i schowała do kieszeni (żadna elfka, a w szczególności młoda takich rzeczy nigdy by nie przegapiła). Wyszła na powierzchnię z drugiej strony góry, gdzie były nieznane, mało uczęszczane tereny. Krasnoludy ruszyły w pogoń za nią, bo z oddali też widziały ten błyszczący przedmiot i to jak elfka go podnosi. Wiedziały, że musiało to być coś cennego, choć bały się głośno zgadywać co. Maaya sięgnęła do kieszeni by sprawdzić co tak właściwie tam wcześniej włożyła. Spotkał ją ogromny zawód. Błyszczący w ciemności przedmiot był teraz całkiem czarny i w ogóle nie odbijało się w nim żadne światło. Postanowiła jednak go nie wyrzucać w nadziei, że może się jeszcze jakoś wypoleruje, czy oczyści.
Miejsce w którym znalazła się Łowczyni to kraina goblinów. Maaya szybko to odkryła i ukradkiem przekradała się przez wrogą ziemię. Widziała liczne zastępy orków, trolli, ogrów i innych paskudnych istot. Ogromne armie tam stacjonowały. Wyglądało na to, że ktoś w jakimś konkretnym celu "zjednoczył" wszystkie złe stworzenia z całej bliższej i dalszej okolicy. A cóż mogłoby być innym celem, jak nie wyprawa po Äilee? Obserwując z bezpiecznej odległości te nieprzebrane chmary, Maaya wpadła przypadkiem na młodego orka, Shärg'a. Oboje wystraszyli się tym niespodziewanym spotkaniem. Ork już szykował się na śmierć, ale elfka oszczędziła go i czym prędzej oddaliła się od tego miejsca. Gobliny zorientowały się, że ktoś obcy kręci się po ich terenach i całymi watahami ruszyły w pogoń. Maayi nie pozostało nic innego jak z powrotem przeprawić się przez góry do "cywilizowanego" świata. W rekordowo szybkim czasie pokonała całą drogę i nawet nie zatrzymując się przebiegła koło tawerny, w której była wcześniej, co wzbudziło powszechną wesołość znajdujących się tam łowców i innych gości. Uśmiechy szybko jednak zamieniły się w przerażenie, bo za nią ciągnęły hordy goblinów, które też przeprawiły się przez góry. W tak niefortunnym momencie pojawiły się też krasnoludy. Wywiązała się zażarta walka między wszystkim tam obecnymi i dzięki temu nikt nie mógł podążyć za Maayią. A ta dzięki swym szybkim nogom była już całkiem daleko gdy wszyscy rzucili się sobie do gardeł. Pech jednak chciał, że potknęła się o jakiś kamień i z impetem wpadła do rzeki, tracąc przytomność. Silny prąd zniósł ją parę kilometrów. Kiedy się obudziła, ze zdumieniem stwierdziła, że leżała w miękkim łóżku, a ona sama była przebrana w suche ubranie. Wstała i rozglądała się dookoła. Była w jakimś całkiem schludnym szałasie, nie wiedziała tylko czyim. Po chwili do środka wszedł Shärg, ork którego spotkała w krainie goblinów. Zerwała się na równe nogi, odskoczyła w tył i z pozą kota gotowego do skoku na swoją ofiarę oczekiwała na ruch orka. Ten w rozłożył ręce w pokojowym geście i starał się przekonać elfkę, że nie jest jej wrogiem i że to on ją wyłowił z rzeki. Maaya trochę się uspokoiła, ale ciągle patrzyła wilkiem na goblina. Shärg opowiedział jej o sobie, o przygotowaniach do poszukiwania Äilee i trochę o samym kamieniu, choć to były głównie mity związane z rzekomą magiczną jego mocą, nic konkretnego. Maaya wysłuchała tego z pewną ciekawością (ale nie za wielką), jednak wolałaby posłuchać jakichś historii o smokach. Tylko bawiła się w kieszeni "czarnym diamentem", bo tak nazwała swoje znalezisko.
Tymczasem jasnym już się stało, że ruszyła kolejna fala wielkich poszukiwań Äilee. Władca Goblinów wysłał wszystkie swoje armie do tej części świata. Pozostałe królestwa, ludzi, elfów, krasnoludów też nie były bezczynne. Nikt nie chciał być ubiegniętym przez rywali.
Maaya nie zamierzała zbyt długo pozostawać w kryjówce Shärg'a i ukradkiem się z niej wymknęła. Ork jednak też był uparty i podążył jej śladem, ale nie tylko on. Jak na razie, tylko krasnoludy z kopalni domyślały się Äilee był u elfki i ze swoją wrodzoną zawziętością nieprzerwanie tropiły jej każdy krok. Shärg jak tylko mógł opóźniał ich marsz. Był znacznie od nich bardziej zwinny i szybszy. W końcu, orkowie byli niegdyś elfami, zanim nie upodlił ich Władca Ciemności. Czasami Maaya słyszała gdzieś w oddali odgłosy krasnoludów wpadających w pułapki zastawione przez orka, nieprzerwanie jednak podążała na Wschód. Mijała wysokie łańcuchy górskie, rwące rzeki. A wszystko to po to by dostać się do Krainy Smoków, bowiem chciała w końcu jakiegoś upolować i tym samym udowodnić, że zasługuje na tytuł Pogromczyni Smoków.
W krótkim czasie pogłoski o elfce posiadającej drogocenny, poszukiwany przez wszystkich kamień dotarły do innych poszukiwaczy, a wiadomość o kierunku jej wędrówki wywołały wśród nich panikę. Wszem i wobec bowiem była znana chrapka smoków na wszelkie cenności, a co dopiero na taką cenność. One też słyszały o Äilee i z pewnością nie przepuściłyby takiej okazji zagarnięcia go.
Sytuacja więc wyglądała nie wesoło. Niemal wszystkie siły ówczesnego świata ścigały biedną Maayię (choć ona sama o tym nie wiedziała). Shärg dwoił się i troił by ją chronić, ale zadanie to stawało się coraz trudniejsze. Gdy Łowczyni dodarła na miejsce, z miejsca rozpoczęła szukać pierwszej potencjalnej zdobyczy. Czyniła to całkowicie jawnie - chodziła to tu to tam, drąc się na cały głos. Smoki wzięły ją za totalną, niespełna rozumu wariatkę i kompletnie ją olewały. Maaya zawiedziona, nie zaliczywszy ani jednej potyczki przeszła całą krainę gadów, po czym skierowała się na Północ. Tam widziała możliwość dopadnięcia jakiegoś lodowego olbrzyma. W międzyczasie, ścigające ją armie wkroczyły do Krainy Smoków, które uznały to za najazd. Doszło do wielkiej bitwy, aż w końcu do smoków dotarła wieść o tym co Maaya ze sobą niesie. Przerwano więc walkę i ruszono za nią, to znaczy: wojska, smoki i niemal wszystko co żyje.
W Krainie Lodu olbrzymi też nie mieli ochoty walczyć z Maayią, bowiem dotarła do nich wiadomość, że podąża za nią wielka "armada" i wzięli ją za jakąś wielką wojowniczkę, skoro nawet smoki coś do niej miały. Równie zawiedziona co przedtem, elfka dotarła do zachodniego krańca krainy (czyli zatoczyła wielkie koło) i znów znalazła się w znanych okolicach. Tam opanowało ją wielkie zdziwienie, że ludne kiedyś krainy były prawie całkowicie opustoszałe. Zmierzała ku swoim rodzinnym stronom (bo miała już dosyć bezowocnego polowania i chciała odpocząć). W jakiś czas po tym jak tam dotarła pod jej drzwi przybyły resztki potężnych niegdyś armii, zdziesiątkowanych walkami ze smokami, olbrzymami (którzy także sądzili, że odpierają najazd), przez potyczki między sobą i srogą zimę. Wielce zdziwiona Maaya głośno zastanawiała się czego oni wszyscy od niej chcą (sama nie wiedziała nawet czym jest Äilee), co zwaliło z nóg poszukiwaczy kamienia. Zażądali natychmiastowego i bezwarunkowego wydania "Błyszczącego Księżyca". Elfka chcąc pozbyć się natrętów, a jednocześnie nie znając wartości Äilee, rzuciła go między armie. Zapanowała ogólna konsternacja. Shärg w tym czasie dotarł do Maayi i jak najszybciej wyprowadził ją z tej okolicy. Wtedy to wszyscy poszukiwacze w jednej chwili rzucili się na kamień. Rozpętała się okrutna jatka. Każdy przeciwko każdemu. Ork i elfka (swoją drogą, dziwny to duet...) obserwowali całe to zamieszanie z okolicznych wzniesień. Walka ustała dopiero po tygodniu, gdy nikt nie pozostał już przy życiu. Dopiero wtedy Shärg i Maaya wrócili po leżący na ziemi kamień. Ork starał się wyjaśnić elfce jak cenną rzecz cały czas miała ze sobą. Do niej jednak zupełnie nie docierał ogrom jego wartości (dla niej kamień to tylko kamień, choć ładnie błyszczał w mroku). Zamierzała zrobić sobie z niego wisiorek, co sprawiło, że Shärg całkowicie już zrezygnował z tłumaczenia jej czegokolwiek. Niemniej nalegał by czym prędzej pozbyć się takiego brzemienia. Powiedział, że według legend, Äilee pochodzi ze starożytnego, zniszczonego dawno temu królestwa, znajdującego się podobno gdzieś na dalekim Zachodzie i że tam powinny znajdować się informacje czym tak właściwie jest "Błyszczący Księżyc", do czego służy i jak go ewentualnie zniszczyć. Postanowili więc tam się udać, jednak w podróży nie byli sami. Sprytne krasnoludy (te z kopalni) nie dały się wciągnąć w bitwy, ocalały z pogromu i dalej deptały po piętach Maayi.
Marsz przez opustoszałe krainy przebiegał spokojnie. Krasnoludy jak na razie nie atakowały dwójki wędrowców, bowiem same były ciekawe zaginionego królestwa i jego skarbów. Daleki Zachód był zupełnie nie poznany i nie wiadomo było co ich tam czeka. Wkrótce okazało się, że były to krainy elfów i krasnoludów (co dziwne, żyjących jak dotąd w powszechnej zgodzie). Pojawienie się Maayi, Shärg'a i goniącego ich zastępu wprowadziło niemały zamęt w te spokojne tereny. Żyjące dotąd w harmonii rasy szybko zwróciły się przeciwko sobie, gdy tylko rozniosła się wieść o Äilee (nawet oni o tym słyszeli). Tak więc, kiedy wędrowcy opuszczali te okolice, za nimi szalała pożoga i piękne krainy zamieniły się w zgliszcza. Dotarli w końcu do granic Zachodniego Królestwa. Były tam tylko ruiny (niemniej wciąż potężne i majestatyczne). Nie mieszkali tam ani elfowie ani ludzie czy krasnoludy. Sens całej wyprawy wydawał się być poważnie zagrożony. Okazało się jednak, że były tam chochliki (odmiana goblinów) - wredne, zachłanne stworzenia. Były ich całe chmary. Stworzyły sobie wielkie grody w zniszczonych, starożytnych miastach i czerpały zyski z resztek bogactw Królestwa. Przybycie obcych nie wywołało u nich jakiegoś specjalnego entuzjazmu. Chochliki zakładały, że chcą oni zagarnąć "ich" krainę, więc poczyniły przygotowania do odparcia wrogów. Zdając sobie sprawę, że mogą oni być tylko zwiadowcami większych sił, zrekrutowały do służby wszystkie okoliczne trolle, orki i najróżniejsze inne plugastwa. Tak jakoś jednak wyszło, że najemnicy zupełnie ze sobą nie współpracowali. Za "szpiegów" wyznaczono nagrodę i każdy chciał ją tylko dla siebie. Zapanował totalny chaos. Najemne bandy zaczęły działania od rzucenia się sobie nawzajem do gardeł. W całym tym zamieszaniu Maayi i Shärg'owi udało się niepostrzeżenie przedostać do stolicy dawnego imperium. Tylko krasnoludy miały mniej szczęścia, gdyż swą liczebnością i brakiem umiejętności cichego przemieszczania się zwracały na siebie uwagę łowców. Otoczone przez gobliny broniły się w jednej ze starych skalnych warowni. Gdy oczy wszystkich skierowane były na krasnoludy, Maaya i Shärg dotarli do głównej świątyni stolicy, która znajdowała się na szczycie wysokiego wzniesienia pośrodku miasta. Po drodze nie napotkali na chochliki ani inne stworzenia i zastanawiali się dlaczego osiedlały się one wszędzie tylko nie tutaj. W świątyni, w jej wielkiej sali znajdował się pionowy, kamienny blok, a w nim miejsce, które w kształcie było takie samo jak kamień Äilee. Maaya go tam umieściła. Chwilę tak razem z Shärg'iem trwali w napięciu. Potem kolejną chwilę. I jeszcze jedną. Zupełnie nic się nie działo. Shärg był na krawędzi załamania, Maaya natomiast wcale się nie zmartwiła, wręcz przeciwnie, była zadowolona, że będzie mogła sobie zatrzymać taka błyskotkę (choć od czasu znalezienia go w kopalni wciąż był całkowicie czarny). Zawiesiła Äilee na szyi i ruszyła w drogę powrotną. Szła całkiem swobodnym krokiem i coś tam sobie nawet podśpiewywała. Ork chcąc nie chcąc potruchtał za nią. Kiedy tylko wyszli z miasta rozległ się potężny łoskot. Najpierw zawaliła się świątynia, a potem cała stolica. Zniszczeniu uległy też wszystkie inne budowle starożytnego królestwa. Początkowo Maaya i Shärg pogrążeni byli w głębokim zdumieniu, ale po chwili ork ocknął się i domyślił jak zareagują na to hordy chochlików. Od tej chwili to on przejawiał znacznie większą chęcią natychmiastowego powrotu do domu niż elfka, jednak gobliny swą złość zamierzały wyładować na tych którzy akurat znajdowali się pod ręką, czyli na krasnoludach. Gdy Maya i Shärg nie niepokojeni wracali do znanych krain, za nimi wrzała zaciekła bitwa, którą w końcu wygrały krasnoludy. Postanowiły jednak już dać sobie spokój z Äilee, bo więcej było z tego kłopotów niż pożytku. Zajęły więc ruiny królestwa i urządziły tam swoje siedziby.
Maaya i Shärg wrócili do swych wciąż spustoszonych krain, gdzie elfka kontynuowała swe bezowocne polowania na smoki, a ork jej towarzyszył w tych eskapadach, po części dla sławy i pieniędzy, a po części z obaw o młodą Łowczynię, gdy w przyszłości wybuchnie nieunikniona, kolejna fala gorączki Äilee.
Koniec.
|
|